Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy zagraniczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy zagraniczne. Pokaż wszystkie posty
Ten o starzejącym się Chudym, czyli "Toy Story 4" (2019)

Ten o starzejącym się Chudym, czyli "Toy Story 4" (2019)



O jakość animacji Pixara nie trzeba się bać, bo zwykle nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Nawet jeśli mają za sobą kilka wpadek, np. sequele „Cars” i „Dobrego dinozaura”, to seria „Toy Story”, której czwartą część możemy od jakiegoś czasu oglądać w polskich kinach, nie zawiera w sobie żadnej. Wręcz przeciwnie, to zgrabnie opowiedziane historie grupy zabawek, przeżywających przygody. „Toy Story” wyszło w 1995 roku i było pierwszym filmem animowanym całkowicie komputerowo. Na „Toy Story 2” twórcy zdecydowali się krótko po premierze rewolucyjnej bajki i ta część była pokazywana w kinach już w 1999. Jest to najmniej pamiętany epizod serii, bo i w świecie animacji nie wydarzyło się nic aż tak progresywnego, co mogłoby wzmocnić znaczenie filmu w galerii produkcji, jakie były wtedy pokazywane, a pamiętajmy, że mówimy tu o tzw. „renesansie Disneya”. Poza tym, nie dało się zbyt mocno zagrać na starzeniu się naszych bohaterów. Produkcja „Toy Story 3” odczekała niemal pokolenie, bo zaprezentowano ją dopiero w 2010 roku. Wśród widowni dominowały osoby zachwycone, ale tak czy tak – mało kto spodziewał się, że na trylogii się nie skończy. „Toy Story 4” pojawiło się na ekranach kin na przełomie lipca sierpnia tego roku. Przez ten rozstrzał w czasie produkcji na serii wychowały się już prawie dwa pokolenia, a studio, które ją stworzyło, może się szczycić posiadaniem w swojej filmografii czterech znakomitych animacji.




W „Toy Story 4” właścicielką znanych nam zabawek jest Bonnie, co wiemy już z ostatnich scen „Toy Story 3”. Bonnie czekają pierwsze chwile w szkole, a że radzi sobie z wizją tego doświadczenia o wiele gorzej niż Andy, to Chudy jest zaniepokojony i postanawia jej pomóc. Chowa się w jej plecaku i rusza razem z nią do zerówki, gdzie ma okazję podłożyć dziewczynce narzędzia do stworzenia Sztućka, nowej zabawki – tym razem takiej kreatywnej, bo zrobionej z śmieci. Sztuciek nie może przekonać się jednak do swojej nowej roli i uparcie trwa w przekonaniu, że jego miejsce jest w śmietniku. Chudy znajduje w tym kolejną misję i pragnie utrzymać Sztućka przy Bonnie. Wszystko wydaje się iść w dobrą stronę aż do momentu, w którym dziewczynka wyjeżdża z rodzicami na wycieczkę, biorąc ze sobą Sztućka i Chudego. Kiedy ten pierwszy ucieka, kowboj stawia sobie za cel odnalezienie go.





W tej części serii znów najważniejszym bohaterem jest Chudy. Po raz kolejny ma on zresztą nie tylko pomóc drugiej postaci, ale również wejść, dzięki temu, na kolejny etap swojego życia i pogodzić się z jego zmiennością. Twórcy nie ukrywają również, że „Toy Story 4” ma być filmem o zupełnie innym znaczeniu dla młodszych widzów i zupełnie innym dla starszych. Pod przykrywką pełnej humoru opowieści o zabawkach przeżywających kolejne przygody pod opieką właścicielki całkowicie innej od Andy'ego, przekazywane jest nam niesamowicie dojrzałe rozliczenie z życiową zmiennością i upływającym czasem. „Toy Story 4” radzi sobie ze zróżnicowaniem sposobów dotarcia do kilku grup wiekowych najlepiej ze wszystkich części serii. Chudy przeżywa tu istny kryzys wieku średniego i pięknie zresztą w tym filmie widać jak bardzo ten bohater zmienił się od pierwszego „Toy Story”. W końcu wszyscy pamiętamy jego strach o pozycję, kiedy pojawił się Buzz. Tutaj kowboj to już całkowicie pewna swojego znaczenia zabawka, która choć rozstała się ze swoim długoletnim przyjacielem, Andym, to wciąż widzi same pozytywy w swoim celu egzystencji, nawet jeśli osiąga go z innym właścicielem. Do tego, gdy tylko w domu zjawia się nowy gość, Chudy nie stara się już za wszelką cenę bronić swojego miejsca w drużycie. Wszystko, co robi, ma uszczęśliwić Bonnie i sprawić, że Sztuciek poczuje się prawdziwą zabawką. Przychodzi jednak czas, że i kowboj musi zakwestionować swoje dotychczasowe powołanie i skonfrontować z możliwościami, jakie niesie mu przyszłość. Twórcy „Toy Story 4” przepięknie pokazują w swoim filmie moment, w którym musimy wreszcie zdecydować, że choć osoby, dla jakich dotąd żyliśmy, ukształtowały nas jako ludzi, to w końcu przychodzi chwila na rozmyślania o rozpoczęciu życia bez żadnych etykietek, co w połączeniu z motywem kryzysu wieku średniego świetnie obrazuje uczucia rodziców, kiedy muszą odciąć pępowinę i pozwolić nie tyle swojemu dziecku, ale przede wszystkim, sobie, żyć własnym życiem.





To, że animacja jest przepiękna, nie będzie dla nikogo nowością. Pixar przyzwyczaił nas już do pewnej jakości zarówno w kontekście warstwy dzielonej z innymi filmami fabularnymi, jak i w kontekście wykonania animacji. Oglądając serię „Toy Story” można zresztą bardzo dokładnie zaobserwować jak wielki progres w powoływaniu postaci do życia za pomocą komputera uczyniło studio (i jak wiadomo nie tylko to konkretne studio uczyniło taki progres). Kiedy przypomnimy sobie jak sztucznie i czasami wręcz upiornie wyglądali ludzie w pierwszej części, a potem spojrzymy jak uroczo i naturalnie prezentują się teraz, to jeszcze lepiej poczujemy czas, jaki minął pomiędzy produkcją pierwszej a czwartej części. Czas, który moim zdaniem, przysłużył się czwartemu filmowi zarówno w sprawie jego lepszej animacji, jak i w sprawie jego oddziaływania na widzów, którzy choć dorośli, to gdzieś w środku wciąż zachowują uczucia towarzyszące im przy pierwszym spotkaniu z niezwykłymi zabawkami.

Toy Story 4” udaje się wprowadzić do serii nowych, dających łatwo się polubić, bohaterów. Sztuciek jest postacią absolutnie uroczą, a jego relacja z Chudym bardzo ładnie koresponduje z obecnym w kulturze motywem przyjacielskiej relacji uczeń-nauczyciel. Podobnie jest z lalką Gabby Gabby. Twórcom udało się nas zaskoczyć i nie tylko utrzymać poziom poprzednich filmów, ale nawet go przebić. Jeśli Pixar zdecyduje się kiedykolwiek kontynuować swoją sagę o humanoidalnych zabawkach, nie będę się już obawiać o to, czy wyjdzie z tego obronną ręką. Skoro najlepszą częścią „Toy Story” jest czwarta produkcja z tej serii, to dlaczego piąta miałaby być gorsza od reszty. Mam zresztą wrażenie, że skoro życie człowieka nie kończy się na przełomowych konfrontacjach ze status quo, to na tym nie kończy się również życie zabawek i jeszcze co najmniej raz zobaczymy ich zmagania z kolejnymi wyzwaniami, które rzuca im życie. Na to zresztą gdzieś po cichu liczę.


Pixarowi udało się w ich najnowszym filmie skorzystać z każdej szansy, jaką rzucił im pod nogi sukces i uwielbienie poprzednich filmów. Nie dość, że nostalgia, z którą wiąże się każdy kolejny seans produkcji z serii „Toy Story” nie zdominowała sposobu, w jaki postacie stanowią o sobie samych, to jeszcze pozwoliła je lepiej rozwinąć i jeszcze bardziej upodobnić ich pod względem psychologicznym do ludzi. W końcu widzowie, którzy w 1995 roku szli na wtedy nowy cud techniki komputerowej, w 2019 sami przeżywają pewnie wiele kryzysów. Dzięki „Toy Story 4” mogą przejść przez nie razem z ukochaną postacią.



Dzięki „Toy Story 4” wszyscy mamy szansę poczuć, że nie tylko my się starzejemy.



Chudy też tak ma.



PS W wakacje obejrzałam dużo dobrych rzeczy – fabuł, dokumentów, seriali. Widziałam też kilka niezłych krótkich metraży. Wszystko będzie się pojawiało tutaj sukcesywnie w formie albo długiego tekstu dla jednego filmu/serialu, albo zbioru kilku seriali w jednej notce. Wszystko zależy od tego, ile czasu będę mogła poświęcić na pisanie i czy będę czuła potrzebę napisania czegoś długiego. O rzeczach, o których nie mam potrzeby pisać długo, rozwijam się tutaj: https://www.facebook.com/PalmaKulturalna/




Ja, Quentin - o czym tak naprawdę jest "Pewnego razu... w Hollywood" (2019)

Ja, Quentin - o czym tak naprawdę jest "Pewnego razu... w Hollywood" (2019)




Spoilery pojawiają się w jednym akapicie i jest on oznaczony czerwoną czcionką.



Mało jest reżyserów, których filmy darzę tak wielką sympatią, jak filmy Quentina Tarantino. Nawet jeśli są czasami trochę przeciągnięte, to zawsze przepełnione uwielbieniem do kina i znakomitymi dialogami. Do tego wiele z produkcji Tarantino zredefiniowało znaczenie przemocy na ekranie, wprowadzając do niej b-klasową groteskę i komiksową nienaturalność. Nie można odmówić temu twórcy ogromnego wkładu w rozwój współczesnego kina, ale i kontrowersji związanych z poruszanymi tematami. Przy „Pewnego razu... w Hollywood” pojawiły się one, kiedy tylko do mediów przedostała się informacja, że ma on przedstawić zabójstwo Sharon Tate, amerykańskiej aktorski i żony Romana Polańskiego oraz jej przyjaciół, zamordowanych w 1969 roku przez sektę Charlesa Mansona. Tate była wtedy zresztą w dziewiątym miesiącu ciąży, a jej kariera dopiero miała się rozwinąć. 9 sierpnia 1969 zmienił więc nastroje w Hollywood na długi czas i stał się wręcz symbolem swojej epoki. Znając jednak wcześniejsze dokonania Tarantino, pojawiły się pytania, w jaki sposób twórca mógłby pokazać postacie Sharon Tate i jej morderców, nie tracąc przy tym dobrego smaku. „Once Upon A Time… in Hollywood” weszło do kin i… okazało się, że to tak naprawdę nigdy nie miał być film ani o dokonaniach sekty Mansona, ani nawet o Hollywood lat sześćdziesiątych…






Film rozpoczyna się stylizowanym na materiał z 1969 wywiadem z brawurowo zagranym przez Leonardo DiCaprio aktorem, Rickiem Daltonem, oraz jego dublerem, Cliffem Boothem (jeszcze lepszy Brad Pitt). Już na pierwszy rzut oka możemy zobaczyć jak zupełnie różnymi ludźmi są główni bohaterowie. Rick Dalton to wrażliwy i nieco chwiejny emocjonalnie mężczyzna, który nie może pogodzić się z tym, że jego najlepszy okres już minął. Po kilku latach grania protagonistów w westernach przychodzi dla niego czas na wybór pomiędzy zostaniem w Hollywood, ale wcielaniem się w przeciwników kolejnego pokolenia młodych gwiazd w pilotach seriali a wyjazdem do Włoch i kontynuowaniem tam dotychczasowo obranej ścieżki kariery w spaghetti westernach. Cliff Booth jest za to typowym samcem alfa i ma w sobie prawdopodobnie więcej testosteronu niż może się zmieścić w jakimkolwiek człowieku. Wciąż ciągną się za nim podejrzenia o zamordowanie swojej żony i on sam już dawno porzucił myśli o jakimkolwiek rozwoju i zmianach w życiu. Po prostu dzielnie służy Rickowi na planie i poza nim – podwozi go, naprawia sprzęt w domu, pomaga, kiedy się tylko da. Na tym polega nie tylko jego praca, ale i całe życie. Poza przedstawieniem nowych postaci Tarantino postawił sobie za cel również pokazanie epoki oraz co ważniejsze, skomentowanie swojej twórczości. W tym pierwszym bardzo pomagają mu czasami wręcz przydługie ujęcia i perfekcyjnie odtworzony krajobraz Hollywood lat sześćdziesiątych. W tym momencie możecie się głowić – no ale co z Sharon Tate, Polańskim, sektą Mansona i Brucem Lee, którzy mieli pojawić się w filmie? Oni właściwie nie są w „Pewnego razu… w Hollywood” postaciami, tylko częścią scenografii. Margot Robbie wygląda dokładnie jak Sharon Tate, ale jej rola nie wychodzi poza powiedzenie kilku słów, oglądanie filmu w kinie i tańczenie. Roman Polański Rafała Zawieruchy jest symbolem nowej ery w kinie. Mieszkający obok Ricka Daltona młody i ambitny reżyser z Europy ma przed sobą przecież długą karierę, a przy boku przepiękną dziewczynę. Sekta Mansona została przedstawiona jako grupa rewolucjonistów, która w pewnym momencie nie do końca w ogóle rozumie, o co w ogóle chodzi jej liderowi. Liderowi pojawiającemu się w tym filmie w jednej scenie. Po wyjściu z kina nie do końca uchwyciłam, dlaczego Mansona jest właściwie tak mało, ale po przemyśleniu wszystkich zabiegów, jakich Tarantino użył w swoim najnowszym dziele, wszystko ułożyło mi się w znakomicie skrojoną układankę. Jej częścią jest też przerysowany do bólu Bruce Lee. Nie dziwi mnie, że rodzina poczuła się urażona tym, w jaki sposób reżyser przedstawił legendę kina sztuk walki. Tylko że teraz nie dziwi mnie już, jakim cudem Tarantino, jako wielki fan X muzy, tak przedstawił jedną z jej największych ikon. „Pewnego razu… w Hollywood” nie jest bowiem filmem, w którym postacie i wydarzenia mówią same za siebie. To perfekcyjnie skrojona układanka, jaką jednak trzeba sobie ułożyć.




To, co najbardziej urzekło mnie nie tyle w trakcie oglądania, co po wielu godzinach przemyśleń po seansie, to liczba ścieżek interpretacji, jakie dał nam Tarantino. Z nich tworzy się dopiero przepełniona miłością do kina opowieść o kryzysie wieku średniego w życiu aktora, a także słodko-gorzki obraz na temat współczesnego Hollywood – nie, jak by się wydawało, lat sześćdziesiątych. Czas produkcji „Once Upon a Time… in Hollywood” przypadł w końcu na bardzo trudny okres dla przemysłu filmowego i jego twórców. Reżyser i scenarzysta filmu był zresztą w bliskich relacjach z Harvey'em Weinsteinem – z osobą, od której ujawnienia złych poczynań rozpoczęła się kolejna hollywoodzka rewolucja seksualna. Ta odpowiedzialna za zupełnie inny rodzaj wyzwolenia. O wolność Hollywood od ukrywania wykroczeń na tle seksualnym, jakich dopuszczały się osoby z branży – te mające na nią olbrzymi wpływ. Nie tyle symbolem sprawców, jak znakiem sposobu postrzegania Hollywood jest dla mnie bohater Brada Pitta – podejrzany i skrywający masę sekretów, ale z drugiej strony niezwykle przystojny, pociągający i silny. Równocześnie Cliff Booth wręcz idealnie odzwierciedla to, w jaki sposób Tarantino postrzegany jest jako twórca – bezkompromisowy, bezwstydny i niesamowicie odważny. Rick Dalton to już zupełnie inny obraz Fabryki Snów. Bohater DiCaprio został przez nią przygarnięty w czasach młodości, piękna i zdrowia, następnie wykorzystano go i wyżuto jak dobrą gumę balonową, a gdy u progu kolejnej dekady zaczęto szukać nowych gwiazd, wypluto i rzucono w odstawkę. Zresztą tak jak Rick – tak też Hollywood też nie radzi sobie ze swoimi problemami i wciąż nie może się zdecydować, w którą stronę teraz iść. Rick to wreszcie ten Tarantino, jakiego nie znamy – wrażliwy, z trudem podejmujący poważne decyzje i nie do końca potrafiący znaleźć sobie swoje miejsce w nowej epoce. „Pewnego razu… w Hollywood” jest o tyle specyficznym filmem, że jego ocena może być bardzo uzależniona od sposobu interpretacji. Quentin Tarantino zdecydował się na olbrzymią liczbę zabiegów z zapotrzebowaniem na wytłumaczenie obraną przez reżysera konwencją. I tak, jeśli oczekiwaliście pełnoprawnej historii o Ameryce lat sześćdziesiątych, to prawdopodobnie wyjdziecie zawiedzeni. Jeśli czekaliście na opowieść o Sharon Tate i jej mordercach, również wyjdziecie zawiedzeni. Jeśli liczyliście na typową dla Tarantino sieczkę z błyskotliwymi monologami i dialogami, też możecie się zawieźć. „Pewnego razu… w Hollywood” to po prostu o filmach Tarantino w filmie Tarantino w ramach filmu Tarantino, parafrazując pewną polską reżyserkę.





Możemy zachwycać się znakomitymi aspektami technicznymi czy też tym, że Margot Robbie wygląda dokładnie jak Margot Robbie. Jako dumni patrioci możemy z biało-czerwoną flagą wyczekiwać Rafała Zawieruchy. Reżyser dał również szerokie pole do popisów dla Brada Pitta i Leonardo DiCaprio, na którym obaj działają znakomicie, doskonale się dopełniając. Sam Tarantino chce nam jednak w pierwszej kolejności pokazać, w jaki sposób on widzi to, co zrobił od wejścia na plan „Wściekłych psów” do dzisiaj. I właśnie do tego służy mu Hollywood lat sześćdziesiątych. W mieście skupionym na tworzeniu rozrywki pojawiają się radykalni rewolucjoniści, którzy zatracili „Peace&Love” protoplasty. Ludzie z Fabryki Snów widzą ich na ulicach, podwożą ich autostopami, ale wydaje im się, że żyją w zupełnie różnych światach, i że tak zostanie na zawsze. Nic bardziej mylnego. Tarantino za pomocą morderstwa Sharon Tate i sekty Mansona chce nam też powiedzieć, do jakich wniosków odnośnie pokazywania śmierci w swoich filmach doszedł i dlaczego motyw dokonywania zemsty niedokonanej stał się ostatnio jego ulubionym. Historyczni bohaterowie są tutaj tylko ciekawostką, ale można ich też odbierać jako odbicia reżysera na różnych etapach jego działalności. Sharon Tate – niewinna dziewczyna z masą energii i marzeń, wychowana na filmach i marząca o filmach. Roman Polański – znakomicie zapowiadający się reżyser, który w Hollywood jest jednak człowiekiem z zewnątrz, niczym Quentin Tarantino odbierający w Cannes Złotą Palmę za „Pulp Fiction”, kiedy wszyscy oczekiwali, że trafi ona do Kieślowskiego. Bruce Lee – karykatura swojej epoki, wspominana często bezrefleksyjnie i płytko. Dzięki wpisaniu ludzi w scenografię i uczynienie z nich przerysowanych figur, otrzymujemy nie tylko jedno z najlepszych rozliczeń twórcy z własną twórczością, jakie widzieliśmy w ostatnich latach w kinie, ale także jeden z najsmutniejszych w swoim przerysowaniu obrazów o latach sześćdziesiątych w zachodniej części Stanów Zjednoczonych.






SPOILERY:
Choć „Pewnego razu… w Hollywood” jest zdecydowanie najmniej napawającym optymizmem filmem Tarantino, to nie brakuje w nim ani humoru, ani typowego dla tego twórcy przepisania historii tak, aby dokonać niedokonanej wcześniej zemsty na oprawcach i oddać hołd ofiarom. W „Bękartach wojny” Żydzi mieli okazję podpalić nazistów, w tym Hitlera. W „Django” sprawiedliwość otrzymała uciskana społeczność dziewiętnastowiecznych, czarnoskórych niewolników. W najnowszym filmie, jak można się domyślić, członkowie sekty Mansona nie docierają do domu Sharon Tate i Romana Polańskiego, ale do rezydencji Ricka Daltona, w której aktor razem z Cliffem Boothem kontynuuje rozpoczętą w meksykańskiej knajpie pożegnalną popijawę. Bohater Brada Pitta, jako niezniszczalny i idealny fizycznie super-człowiek, urządza im razem ze swoim psem jesień średniowicza, przypieczętowaną podpaleniem przez Ricka jednej z członkiń sekty za pomocą miotacza ognia, jakim kilka lat temu traktował w swoim filmie nazistów. Tuż po rozprawieniu się z mordercami postać DiCaprio spaceruje po ulicach Hollywood Hills i trafia pod bramę Sharon Tate. Okazuje się, że aktorka dobrze wie, kim on jest i zaprasza go do willi, na co czekał, od kiedy po raz pierwszy zobaczył Tate i Polańskiego, ponieważ liczył, że dzięki temu, rozpocznie współpracę z reżyserem. Ostatnie ujęcie, ukazujące Tate i jej przyjaciół witających się z Daltonem pozostawia nas w poczuciu, że choć w prawdziwym życiu doszło do mordu na niewinnych ofiarach, które właśnie widzimy na ekranie, to w filmie Tarantino mogliśmy odczuć satysfakcję z oglądania jak bohaterowie rozprawiają się z ich oprawcami. Na końcu nie ma jednak fajerwerek, ale jest ciche pożegnanie z ludźmi, jakich już nigdy nie zobaczymy. I mamy to w głowie od samego początku do samego końca. Bo u Tarantino to ci najgorsi dostają, na co zasłużyli – jak w baśni.




Kiedy wyszłam z seansu „Pewnego razu… w Hollywood” poczułam się trochę rozczarowana. Film, w którym Tarantino podsumowuje swoją twórczość, z każdą godziną rezonuje ze mną jednak coraz lepiej. Co warto podkreślić, uważam, że absolutnie nie jest to dzieło, od jakiego radziłabym zacząć przygodę z filmami tego twórcy, bo przy nim warto mieć jakieś zaplecze wiedzy o jego twórczości, żeby móc zajrzeć pod grubą warstwę hołdu Hollywood lat sześćdziesiątych i znaleźć w gruncie rzeczy bardzo melancholijną opowieść Tarantino o sobie i jego kinie. O kinie, w którym wszystko jest możliwe. O kinie, które przez swoją bezkompromisowość u niektórych wywołuje zachwyt, a u niektórych niemak. I wreszcie o kinie, które choć jest przepełnione ciętym humorem, charakterystycznie przyjemnym stylem i audiowizualnym ciepłem, to wciąż nie pozostawia widza obojętnym na tragizm obecny w każdej epoce, bez znaczenia jak piękna w kadrach i dziełach kultury by ona nie była. Tarantino może wiele. W końcu nie każdemu twórcy film taki, jak „Pewnego razu… w Hollywood” uszedłby na sucho. Ale nie znalazłoby się też zbyt wielu, którzy potrafiliby za pomocą przepuszczonej przez społeczną świadomość estetyczną historii z dekady dzieci kwiatów opowiedzieć tak sprawnie nie tylko o aktorze niemogącym poradzić sobie z pójściem w odstawkę i o jego nadludzko pięknym, silnym i podejrzanym dublerze, ale również po prostu o sobie.


Bo jeśli ten film miałby mieć inną nazwę, to tylko „Quentin Tarantino o sobie”.





A kto umarł, ten nie(ch) żyje! - "Truposze nie umierają" (2019)

A kto umarł, ten nie(ch) żyje! - "Truposze nie umierają" (2019)




Czy w temacie zombie można jeszcze stworzyć coś ciekawego? Na pewno. Przetwarzanie horrorowych motywów króluje w kinach w ostatnim czasie i Jim Jarmusch wydawał się być twórcą stworzonym do wykorzystania żywych trupów w świeży sposób. On postanowił jednak zrobić film pod krytykującą konsumpcjonizm tezę, której umarlaki mają już właściwie serdecznie dosyć. Do tego żadnej ze swoich myśli nie chce nam przekazać poprzez fabularne tropy, tylko daje nam morał z historii na tacy pod postacią końcowego monologu czytanego przez Toma Waitsa. Gdy słychać ów komentarz, my mamy po dziurki w nosie zarówno płytkiego podejścia Jarmuscha do tematu żądzy posiadania i zatracenia się w pędzie za stale rozwijającym się światem, jak i jego przesadnie autoironicznych tekstów, które zbyt afektywnie podkreślają to, że reżyser uważa się za bardzo samoświadomego twórcę.

Źródło: Detroit Metro Times
W „Truposze nie umierają” przenosimy się do małego amerykańskiego miasteczka – Centerville, gdzie poznajemy policjantów Cliffa Robertsona i Ronniego Petersona, granych przez Billa Murraya i Adama Drivera – stanowiących, bez dwóch zdań, najlepsze elementy tego filmu. Przyjeżdżają oni na kolejne wezwanie Farmera Millera (w tej do bólu przerysowanej roli miłośnika Trumpa świetny, jak zwykle, Steve Buscemi), który uważa, że mieszkający w lesie Pustelnik Bob (wspomniany wcześniej Tom Waits) ukradł mu kurę. Stróże prawa znajdują obranego z piór i skóry kurczaka, trafiają na podejrzanego, ale odjeżdżają w zupełnej obojętności, motywowanej doświadczeniami Robertsona z oboma panami. Inercyjność przewija się u bohaterów Murraya i Drivera praktycznie przez cały film, co biorąc pod uwagę wypowiadane przez tego drugiego teksty o „scenariuszu, który dostał od Jima” i momentowy zwrot w jego charakterze, kiedy to staje się maszyną do zabijania, czyni z nich postacie niesamowicie trudne do interpretacji. Spokój Centerville zostaje zburzony przez tajemnicze wydarzenia wokół miasta, jak i również na całym świecie. Dzień nie zmienia się w noc, jak powinien, a zwierzęta zaczynają zachowywać się zupełnie inaczej niż do tej pory. Enigmatyczny ciąg zmian osiąga swoje apogeum, gdy zostają zamordowane dwie kobiety, a ich ciała mają gdzieniegdzie powygryzane narządy. Jedni od razu stawiają na zombie, drudzy uważają, że to fauna, jednak w momencie powstania wszystkich umarłych z grobów wszyscy bardzo łatwo przechodzą do porządku dziennego ze świadomością, że morderstwa dokonała para żywych trupów. Rozpoczyna się więc z pozoru mordercza walka bohaterów o życie. Z pozoru, bo Jarmusch bardzo łatwo stawia ich w roli wygranych, zbierając im spod nóg każdą kłodę, jaka się tam pojawia. Poza Petersonem, który od razu wie, jak pokonać żywe trupy, w Centerville zamieszkuje też enigmatyczna Zelda Winston (znakomita, ale zmarnowana przez reżysera, Tilda Swinton), właścicielka domu pogrzebowego i mistrzyni miecza, a także miłośnik popkultury, Bobby Wiggins (bardzo dobry Caleb Landry Jones). Każde z nich bez chwili zastanowienia wie, jak ostatecznie dobić wroga i żadne z nich nie popełnia poważnej wpadki. Kiedy ton filmu w ekspresowym tempie zmienia się z tragikomicznego przetworzenia znanego motywu na pretensjonalną lekcję o błędach ludzkości, postacie nie mogą już pozostać w tym status quo. Pojawia się więc walka między rytmem, metrażem a scenarzystą filmu. Walka, która nie ma zwycięzcy. Jarmuschowi jest w końcu bardzo trudno tak szybko doprowadzić do zakończenia wielu wątków w choć trochę logiczny sposób. Oprócz wcześniej wymienionych osób, obserwujemy tu również historię trojga dzieci z zakładu poprawczego. Aż trudno mi się nadziwić, że twórca potrafił położyć krzyżyk na ich historii w tak niespodziewany sposób. Ich część fabuły jest jak półprosta – ma początek, nawet intrygujący, rozwija się, ale końca brakuje. Bohaterowie, których dotąd obserwowaliśmy jako równych reszcie, zostają zawieszeni w czasie i przestrzeni, a my już nigdy do nich nie wracamy. I to zresztą nie jedyny motyw kończący się w ten sposób.


Źródło: Focus Features


Choć w „Patersonie” i „Tylko kochankowie przeżyją” wolne tempo było tym, co czyniło te filmy wyjątkowymi i niewiarygodnie klimatycznymi, to w „Truposze nie umierają” twórca zdecydował się na przedstawienie zbyt dużej liczby postaci, aby w tak krótkim czasie mógł rozwinąć każdego z nich na tyle dobrze, żebyśmy z sali wyszli ze świadomością choć małej charakterologicznej wiwisekcji zbioru dziwaków, którzy zamieszkują Centerville. Jarmusch nie daje nam również zbyt wielu tropów do interpretacji, więc nawet kiedy przez półtorej godziny staramy się obserwować pozostawiane po drodze symbole czy analizować bohaterów, wszystko okazuje się martwymi znakami. Finał „Truposze nie umierają” jest zresztą jedną z najbardziej kuriozalnych rzeczy, które widziałam ostatnio w kinie i aż dziwi mnie, że Jarmusch pozwolił sobie na coś tak patetycznie skołowanego. Na szczęście, drodzy widzowie, nie musimy sobie sami wysnuwać morału, bo scenarzysta napisał dla Toma Waitsa, wspomniany wcześniej, obrzydliwie pretensjonalny tekst o tym, jak żywi są już nie żywi, gdyż zatracili się w materialistycznym świecie, więc nie mają już jak umierać. Łopatologia wylewa się w ostatnich scenach z ekranu w takiej samej ilości, jak krew. Kiedy zaczynają się napisy końcowe, to zadajemy sobie pytanie, po co właściwie siedzieliśmy tu i oglądaliśmy zmagania małomiasteczkowych ekstrawertyków z zombiakami, skoro wynikło z tego coś, do czego George Romero doszedł już w latach 60.


Źródło: SWR

Spośród zmarnowanych motywów na pierwszy wysuwa się również świadomość głównych bohaterów, że grają w filmie. Pojawia się on też przy okazji wielu dyskusji o piosence „The Dead Don't Die”, nagranej przez Sturgilla Simpsona (jedna z postaci mówi, że nie wie dlaczego, ale ten utwór brzmi znajomo, na co druga odpowiada, że to w końcu motyw przewodni). Jarmusch popełnił przy nim właściwie ten sam błąd, co przy reszcie martwych znaków pozostawionych w „Truposze nie umierają” - brak jakiegokolwiek symptomatu, czy powinniśmy wziąć pod uwagę to, co mówią nasi bohaterowie przy oglądaniu kolejnych wydarzeń, czy uznać za autoironiczną ciekawostkę. Biorę też pod uwagę to, że moja wersja historii powstawania jego nowego filmu może być prawdziwa – reżyser zaprosił swoich ulubionych aktorów z poprzednich produkcji na grilla, dał skrawki scenariusza, kilka wątków zagrało, kilka trochę mniej i zmontowali z tego coś na kształt hiperbolicznie samoświadomej parodii horrorów o żywych trupach. Jeśli tak było, to cieszę się, że miło spędzili czas, nawet jeśli nie zapewniło mi w żadnym wypadku przyjemnej rozrywki.


Jim Jarmusch przyzwyczaił nas już do tego, że jest on twórcą, po którym można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Żadnym zdziwieniem nie była dla mnie więc informacja, że w jego kolejnym filmie pojawią się zombie. Liczyłam na jakiś powiew świeżości w tym temacie, a dostałam pretensjonalny pokaz autoironii z dużą liczbą wątków napisanych na kolanie. Co gorsza, tej jarmuschowskiej entropii nie ratuje nawet doborowa obsada, ponieważ scenarzysta wręczył im do grania wiele błyskotliwych tekstów, które razem nie tworzą jednak żadnej logicznej całości, a sama ich konkluzja jest bardziej landszaftowa niż ustawa przewiduje.


Tam, gdzie plotą wianki i palą człowieczeństwo - "Midsommar. W biały dzień" (2019)

Tam, gdzie plotą wianki i palą człowieczeństwo - "Midsommar. W biały dzień" (2019)




Tam, gdzie otwierają się zawiłe korytarze ludzkiej chwiejności, tam za chwilę zjawia się Ari Aster. Po eklektycznym i nieco rozczarowującym „Hereditary, w którym jego skupienie na ludzkiej traumie rozpłynęło się gdzieś w powietrzu pod wpływem zbyt gęstego nagromadzenia motywów rodem wprost z B-klasowych horrorów o sektach, twórca postanowił poddać widownię makabrycznym rytuałom w biały dzień w celu przepracowania skrywanych głęboko pod skórą lęków przed opuszczeniem, rozstaniem, aż w końcu samotnością. Biały dzień jest jednak u Astera bardziej przerażający niż noc w jakimkolwiek innym filmie grozy, bo reżyser dobrze wie, jak odpowiednio wymierzyć akcenty i skontrastować prolog do podróży z resztą dzieła. Malownicza scena otwarcia, w której widzimy zimowy, górski krajobraz, a następnie bezdźwięczne śmierci i płacze przerywające melancholijną pustkę, choć dzieje się w nocy, działa przede wszystkim, jako cisza przed burzą, jaka ma nastąpić dopiero w promieniach szwedzkiego słońca.

Źródło: Rolling Stone

W „Midsommar. W biały dzień” poznajemy dwudziestoparoletnią Dani (w tej roli znakomita Florence Pugh) – kobietę zawieszoną pomiędzy przeszłością, stanowioną przez jej chorą psychicznie siostrę, a przyszłością – związkiem z Christianem, zagranym bez cienia fałszywej nuty przez Jacka Reynora. Tuż po tym, jak postanawia ona ruszyć do przodu, odpisując swojej siostrze na przerażająco enigmatycznego maila, bohaterka dowiaduje się o tragedii, którą jak się okazuje, nadawczyni wiadomości zapowiadała od jakiegoś czasu. Dani nie ma już w tym momencie nic do stracenia. Rodzina przeszła właśnie na tamten świat, przyjaciół nie posiada, a Christian, od dawna targany wątpliwościami co do racji bytu ich związku, nie potrafi znaleźć zrozumienia dla swojej chwiejnej emocjonalnie dziewczyny, nawet kiedy bardzo się stara. Teraz jest już jednak za późno na rozstanie i mający wyrzuty sumienia mężczyzna postanawia zaproponować Dani, licząc na jej odmowę, udział w wakacyjnej wyprawie na północ Skandynawii. Tej wyjazd wydaje się jednak dobrą odskocznią od myśli, które ma w Ameryce, więc razem z Christianem oraz jego kolegami: Joshem (William Jackson Harper), mającym napisać w Szwecji swój doktorat, Markiem (Will Poulter), chcącym korzystać tam ze swojego kawalerskiego życia oraz Pelle (Vilhelm Blomgren), inicjatorem całego wydarzenia, Dani wyrusza, aby wziąć udział w prastarym święcie związanym z przesileniem letnim, które odbywa się raz na 90 lat. Z początku wszystko wydaje się być dla dziewczyny tym, czego się spodziewała – sposobem na chwilowe zapomnienie o rodzinnej tragedii. Nic bardziej mylnego. W Szwecji Dani sama przeżywa przesilenie, w trakcie jakiego wybiera, gdzie dalej chce się udać w swoją życiową podróż, decydując równocześnie, kto ma jej w niej towarzyszyć. Wszystko pośród krwawych ceremoniałów, będących dla skandynawskiej komuny, z której pochodzi zresztą pomysłodawca wyjazdu – Pelle, czymś zupełnie zrozumiałym i wpisanym w tradycję.


Źródło: The Washington Post

Ari Aster brawurowo wykorzystał w „Midsommar” to, co w horrorach ujmuje mnie najbardziej, czyli wielowarstwowość historii. Reżyser w pełni rozwija zarówno tę dosłowną warstwę, jak i tę metafizyczną, ale nie zostawia nam na interpretacyjnej drodze martwych znaków, tylko dobrze przemyślane wskazówki. Dobrą decyzją było pozostawienie w sferze niedomówień historii sekty czy też jej obecności w kulturze szwedzkiej, bo dzięki temu, nie otrzymaliśmy tak, jak w przypadku „Hereditary” alegorii rozwodnionych w morzu faktów. Aster wrzuca swoich bohaterów do letniego lasu niespodziewanie i pozostawia ich przez jakiś czas bez żadnych odpowiedzi, pozwalając nam na zadanie mu wystarczająco dużej liczby pytań i oczywiście, nie satysfakcjonując nas zawsze jasnym wyjaśnieniem. Dalej przeraża pięknem w jeszcze bardziej wyrafinowany sposób, zanurzając postacie w przepełnionej zielenią, skandynawskiej wiosce tuż po narkotycznym tripie, po którym jako lubiący takie rozrywki, młodzi ludzie ani chwili nie podejrzewają, że coś może być nie tak. Jest z nimi przecież także Pelle, wychowany w tej społeczności. W tym momencie nie wiedzą jednak, jaką rolę w tej historii pełni właściwie ich kolega. I my również nie wiemy. Wchodzimy w świat piękny i czysty, co podkreślają zresztą białe stroje członków komuny. Nad naszymi bohaterami, wchodzącymi do kolorowej wspólnoty, góruje słońce. Wszystko wydaje się być idealną pocztówką z wakacji na wsi. Ari Aster usypia w tym momencie naszą czujność i razem z Dani, Christianem, Joshem, Markiem i Pelle zanurzamy się w szwedzkiej sielance. W tym momencie reżyser wprowadza pierwsze rytuały i ani mu się śni o stopniowym szokowaniu widza. Ba! Jest wręcz odwrotnie – najgorsze obrazy wprowadza on na sam początek szwedzkiej wycieczki, abyśmy z każdym głębszym poznaniem tego, na co stać społeczność, mniej skupiali się na makabrycznych czynach, a bardziej na tym, co Dani, protagonistka, otrzymuje od miejscowych za obserwowanie i wsiąkanie ich przyzwyczajeń. Stadialnie Aster pokazuje nam za to erozję bliskości i zaufania w związku Dani i Christiana, zakończoną dosłownie i w przenośni wielkim wybuchem.


Źródło: filmoteka.tvp.pl
Z każdą kolejną sceną „Midsommar” można sobie uświadomić, jak wielką rolę w filmie odgrywa światło. Gdyby nie rozjaśniony krajobraz i wysoka saturacja barw, dzień nie przerażałby tu swoim pięknem i spokojem aż tak. Każda jego cecha została jednak podniesiona do rangi nadzwyczajnej i maksymalnie podkręcona tak, że nawet tajemniczy żółty budynek w kształcie ostrosłupa wydaje się być częścią flory i fauny, a patrzeć na niego możemy z równoczesnym zachwytem i podejrzliwością. Zdjęcia Pawła Pogorzelskiego to zresztą jeden z największych atutów nowej produkcji Ariego Astera. Geometryczne kadry są znakomicie zainscenizowane i zapadają w pamięć, dzięki swojej obrazkowości. Reżyser i operator wypracowali sobie już zresztą swój unikalny pokazywania śmierci na trzy różne sposoby. W obu filmach zaczęło się przecież od cichego odchodzenia – w „Hereditary” właściwie już od pogrzebu, a w „Midsommar” od długiego mastershota, skwitowanego kilkoma spazmatycznymi jękami głównej bohaterki. Zarówno w swoim pierwszym, jak i w swoim drugim filmie Aster zapakował w sam środek najbardziej drastyczne sceny śmierci, jakie mają wyładować napięcie ciążące w postaciach po pierwszym etapie, kiedy to nie wyraziły jeszcze dostatecznie swojego bólu. Na sam koniec otrzymujemy zgony rytualne. Głośne, w akompaniamencie ambientowych symfonii i w swojej estetyce po prostu piękne. One stanowią moment godzenia się z samym sobą. Choć w „Hereditary” nie wszystko zadziałało najlepiej, to Aster postanowił nie rezygnować z obranego przy pierwszym filmie schematu, tylko po prostu lepiej nad nim popracować i dzięki temu, w „Midsommar” otrzymaliśmy przepiękny i bezbłędną już opowieść o powolnym akceptowaniu utraty drugiego człowieka – czy to przez jego śmierć, czy to przez rozstanie.


Źródło: Vanity Fair

Midsommar. W biały dzień” to dla mnie horror idealny. Straszy tym, co nie jest nam obce, czyli tym, co ludzkie, korzystając ze schematu wprowadzenia nowych jednostek do zamkniętej społeczności, z którego równie świetnie czerpał w XXI wieku chyba tylko Lars von Trier w swoim wybitnym „Dogville”. Inspiruje się klasyką gatunku, a najbardziej zauważalnie „Kultem”. Do tego Ari Aster doskonale korzysta z pola do alegorycznych popisów, jakie daje mu obrana konwencja. Oprócz tego, świetnie potrafi poprowadzić aktorów, z których ról nie chce nigdy tworzyć galerii schematów obecnych w gatunku od ery slasherów, ale każdemu daje dość obfity character arc i szansę na popisy w granicach naturalności oraz zaplanowanej i wymierzonej w punkt gry na emocjach i czujności widzów.


Profesjonalny odlot, czyli "Strażnicy Galaktyki 2" (2017)

Profesjonalny odlot, czyli "Strażnicy Galaktyki 2" (2017)


Reżyseria: James Gunn
Scenariusz: James Gunn
Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Vin Diesel, Bradley Cooper, Kurt Russel i inni...
Zdjęcia: Henry Braham
Muzyka: Tyler Bates
Rok: 2017

     Kiedy do kin weszła pierwsza część "Strażników galaktyki", mało kto oczekiwał od filmu wysokiego wyniku box office i powstania rzeszy fanów na całym świecie. James Gunn dostał na swoją produkcję dość niewielki budżet, a i tak studio nie przejmowało się zbytnio tym, w jaki sposób reżyser potraktuje komiksową historię "kosmicznych Avengers", która dopiero otwierała drzwi do większej sagi. Nikt nie przewidywał po "Guardians Of The Galaxy" sukcesów... A jednak, oprócz tego, że film Gunna świetnie się sprzedał, to do tego oceniony został przez niektórych jako najlepszy twór, wypuszczony przez Marvela. Nie trzeba było zatem długo czekać na sequel. Reżyser/scenarzysta dostał w nim już jednak całkowicie wolną rękę i zrobił w stu procentach autorską mieszankę kiczu, przepychu i humoru. Czy aby dobrą?


        Drużyna Strażników Galaktyki w najlepsze broni swoich przestrzeni. (Zaczynając od potwora, który rzyga tęczą - w pierwszej scenie filmu). Za wiele się u nich w sumie nie zmieniło odkąd poznaliśmy ich w pierwszej części. Peter (Chris Pratt) nadal uderza do Gamory (Zoe Saldana) i poszukuje swojej kosmicznej tożsamości. Wspomniana wcześniej, zielona dziewczyna, wciąż tkwi w konflikcie ze swoją siostrą Nebulą (Karen Gillan) i stara się pokonać swego okrutnego ojca. Drax (Dave Bautista) robi dalej za śmieszną maskotkę, pełną sprzecznych cech. Rocket (Bradley Cooper) chce zrozumieć swoje niektóre niezrozumiałe decyzje i zająć się Grootem, a Groot (Vin Diesel), no właśnie... Groot... po prostu sobie rośnie. Nic więcej.
       Akcja filmu rozpoczyna się, kiedy drużyna wykonuje zlecenie na ochronienie ważnych dla królowej jakiegoś złotego rodu przedmiotu.  Niestety, przez serię niefortunnych zdarzeń, plemię zaczyna ścigać Strażników. W tym czasie Peter zostaje odnaleziony przez swojego ojca (Kurt Russel), który wyjaśnia mu jego pochodzenie oraz pragnie stosownie przekazać dziedzictwo.


         Na początku pragnę zaznaczyć, że mam ogromną słabość do "Strażników Galaktyki" z 2014 roku. Uważam, że ten film naprawdę wniósł do komiksowego świata Marvela dużo świeżości i pokazał, że dobrze podany kicz nie jest zły. W przeciwieństwie do "Avengers" w Guardians of The Galaxy" zostaliśmy od razu wrzuceni z bohaterami na głęboką wodę. Pierwszą drużynę Marvela poznaliśmy wpierw jako pojedynczych, świetnych wojowników (przynajmniej większość), a Strażników poznaliśmy w ekspozycji i potem mogliśmy już ich tylko oglądać jako dość zgraną paczkę, ratującą swoją galaktykę przed różnymi niebezpieczeństwami. James Gunn pokazał jednak, że nawet z tak trudną konstrukcją produkcji umie sobie poradzić i stworzył coś, w czego przypadku można mówić zarówno o sukcesie finansowym, jak i artystycznym.
       
Mały Groot to chyba najsłodsza postać w całym komiksowym świecie.

         James Gunn przy tworzeniu filmu miał zapewnioną dość dużą ilość luzu. Od pierwszych scen można to wyczuć. Reżyser po prostu odleciał i stworzył "Strażników Galaktyki vol. 2" jako papkę przepełnioną błędami narracyjnymi, dziwną ekspozycją i olbrzymią ilością bohaterów, których jednak wystarczająco dobrze nakreślił, aby się z nimi utożsamić. I tak, jak już napisałam, film jest słaby jako film i jeśli cokolwiek Wam się nie podobało w pierwszej części, to z tą się zbytnio "nie zaprzyjaźnicie", jest bardzo dobry jako kontynuacja i świetny na rozluźnienie dla fanów jedynki. Wadą jest trochę mało konkretna forma produkcji, ponieważ sprawia to, że ma ona dość nierówne tempo i poziom poprzedniej części trzymają tak naprawdę głównie dobrze napisane postacie i dobre żarty, często lepsze od tych z 2014. Efekty specjalne są naprawdę zadowalające, ale najlepszą robotę w całym filmie odwala tak naprawdę ścieżka dźwiękowa. Od jednego z moich ukochanych kawałków, czyli "The Chain" Fleetwood Mac z jednego z najlepszych krążków wszech czasów - "Rumors" po "My Sweet Lord" George'a Harrisona i inne kiczowate przeboje, które świetnie wpasowują się w stylistykę Jamesa Gunna.


          Uważam, że "Strażnicy Galaktyki 2" to produkcja stworzona przez fana dla fanów - ludzi, którzy rozumieją, i przede wszystkim, kochają tę konwencję. Warto pamiętać jednak, że seria wzbudza wciąż mieszane uczucia, choć więcej słyszałam piania z zachwytu niż urągania nad żenującą prezencją "GoTG vol. 2". James Gunn to koleś, wiedzący, co robić w uniwersum Marvela. Wiedzący, że ten komiksowy świat nie potrzebuje delikatności przy ekranizowaniu kolejnych przygód superbohaterów, tylko raczej szybkiego szaleństwa, zabawy formą (w granicach rozsądku oczywiście, ale jego akurat Gunnowi jeszcze trochę brakuje, bo drugi epizod przygód gwiezdnych strażników to czyste szaleństwo). Ludzie, to jest po prostu COOL!

OCENA: 7,5/10 z serduszkiem

PS Fajne epizody Kurta Russela i Sylvestra Stallone.
PS 2 Czekam na kolejną część.
Jak Iñárritu zdobywa Oscary, czyli "Birdman" (2014) vs. "Zjawa" (2015)

Jak Iñárritu zdobywa Oscary, czyli "Birdman" (2014) vs. "Zjawa" (2015)

   Oscary - temat na topie. Na moim blogu prawie nie było dotąd treści od nich odbiegających. Dziś postanowiłam rozpocząć nową serię postów, wprowadzić powiew świeżości: Filmowe bitwy. Będę umieszczała krótkie recenzje, porównania dwóch produkcji, często ze sobą powiązanych, np. twórcą. Tak jak dzisiaj - Alejandro Gonzáleza Iñárritu. Żeby nie oddalić się zbyt daleko od mojego tematu - uzależnienia, jakim są Oscary, zapraszam was teraz na bitwę: "Birdmana" - zdobywcy "złotego rycerza" w głównej kategorii w 2015 i tegorocznego faworyta "Zjawy".


Moc jest w nim silna, czyli "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" (2015)

Moc jest w nim silna, czyli "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" (2015)


Tytuł: "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy"
Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: Lawrence Kasdan, J.J. Abrams, Michael Arndt
Obsada: Daisy Ridley, John Boyega, Harrison Ford, Carrie Fisher, Oscar Isaac, Adam Driver, Mark Hamill, Domhnall Gleeson, Lupita Nyong'o, Anthony Daniels, Peter Mayhew, Andy Serkis i inni...
Rok produkcji: 2015
Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy

Hodujemy źmiory na Marsie, czyli "Marsjanin" (2015)

Hodujemy źmiory na Marsie, czyli "Marsjanin" (2015)

 


Tytuł: "Marsjanin"
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Drew Goddard
W rolach głównych: Matt Damon, Jessica Chastain, Jeff Daniels, Kate Mara, Sean Bean, Kristen Wiig, Michael Pena, Chiwetel  Ejiofor i  inni...
Rok produkcji: 2015
Gatunek: Akcja, Sci - Fi, Komedia