Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty
"Wszystko dla mojej matki", czyli o celu jako najważniejszej ludzkiej potrzebie

"Wszystko dla mojej matki", czyli o celu jako najważniejszej ludzkiej potrzebie



Jak ja lubię pisać o debiutach! Czasami reżyserzy i reżyserki na ich etapie są jeszcze nieokrzesani, czasami potrafią przeskoczyć jakiekolwiek oczekiwania. Tak było dwa lata temu w przypadku Jagody Szelc i „Wieży. Jasnego dnia”. Niby pierwsza pełnometrażowa produkcja fabularna młodej artystki, ale równocześnie to jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Z tegorocznych debiutów na 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni największe oczekiwania miałam co do „Wszystko dla mojej matki” Małgorzaty Imielskiej. Imielska ma, co prawda, bardzo bogatą dokumentalną filmografię, co również widać w jej najnowszym dziele.


Grana przez Zofię Domalik Ola mieszka od roku w zakładzie poprawczym dla dziewcząt, do którego trafiła z domu dziecka za liczne ucieczki i kradzieże. Matka zostawiła ją tam dla kariery lekkoatletycznej. Ola ma po niej jedynie kamerę z filmem ze swojego dzieciństwa. Teraz ambicją Oli jest ćwiczyć lekką atletykę i dojść do takiego poziomu, aby jej matka ją wreszcie dostrzegła. Ten punkt wyjścia jest jednak jedynie stelażem fabularnym, za pomocą którego Imielska chce opowiedzieć o pustce, beznadziei, poszukiwaniu miłości i wszystkich grzechach polskiego systemu resocjalizacji. Każda z dziewczyn ma jakiś cel. Jedna chce urodzić dziecko i oddać je matce na wychowanie, druga zebrać pieniądze na leczenie brata, a jeszcze inna powiedzieć wreszcie rodzicielce o gwałcie, który był przyczyną morderstwa, jakiego dokonała. Każda z nich kiedyś w końcu wyjdzie przecież z zakładu i będzie musiała żyć z galerią traum, które przeżyły. Reżyserka już w pierwszych scenach zaznacza, że w tej historii będziemy się skupiać na uczuciach bohaterek, jakie znalazły się w tym miejscu w życiu tylko dlatego, że urodziły się w takich, a nie innych rodzinach. Szansą dla nich jest często miesięczny wyjazd do jakiejś bezdzietnej rodziny, co przytrafia się Oli, ale i przy wysyłaniu dziewczyn na takie wyprawy trzeba je ludziom wcisnąć, niczym gorszy towar na targu. Ola o tym wie. Ola wręcz sama zachęca pewną parę do wzięcia jej na miesiąc, bo spod Olsztyna, gdzie mieszkają, mogłaby łatwiej znaleźć swoją biologiczną matkę.


Imielska jest tak niezwykle świadoma tego, z czym muszą mierzyć się nastolatki z trudną przeszłością. Wiele było jednak już w Polsce twórców, którzy próbowali podjąć temat młodzieńczych błędów i rozterek, kiedy nie masz za bardzo nikogo, od kogo możesz się nauczyć normalnego życia. Dawno nie widziałam jednak tak humanistycznego obrazu o losach trudnej młodzieży w Polsce. Reżyserka wybiera na główną bohaterkę dziewczynę, jaka wiele lat temu obrała sobie za cel odkrycie prawdy o tym, co trzyma ją jeszcze w przeszłości. Przez cały film możemy się jednak zastanawiać, czy aby na pewno motywacją Oli jest poznanie matki. Imielska wysnuwa w swoim debiucie fabularnym pewien wniosek na temat człowieczeństwa: co by się nie stało, każdy potrzebuje jakiegoś celu.


Najważniejszym, co twórczyni „Wszystko dla mojej matki” chce nam przekazać, jest jednak jej oburzenie polskim systemem resocjalizacji. Systemem niezwykle wadliwym, w którym niekoniecznie jest szansa na jakąkolwiek zmianę. Zakład nie posiada w końcu zbyt wielu pracowników, jakim naprawdę zależy na zmianie życia dziewczyn, a kiedy tylko przybywa jakaś nowa, okazuje się, że pomimo trudności i zła, kryjącego się za drzwiami ośrodka, przebywanie tam, to najlepsze, na co ma szansę i tylko tu znajdzie zrozumienie. Nawet jeśli poza tymi dobrymi, znajdzie też takich, którzy będą chcieli wykorzystać to, jak mało możliwości mają dziewczyny z zakładu poprawczego.

Świat nie chce przecież u siebie trudnej młodzieży.
Świat nie chce uczyć przystosowania jej do normalnego życia.
Świat nie chce wychowania i inkluzji do społeczeństwa

Świat chce kary za życie, które nie jest winą żadnej z nastolatek.

Bo świat chce mieć kogoś gorszego.
Kogoś, kogo będzie łatwiej wykorzystać.

Imielska nie chce takiego świata.

Imielska szuka świata, w którym społeczeństwo trudnej młodzieży społeczeństwem

Imielska, niczym Borszewicz, szuka świata, w którym człowiek człowiekowi człowiekiem.

Co Vega ma do powiedzenia o polityce w swojej "Polityce"?

Co Vega ma do powiedzenia o polityce w swojej "Polityce"?



Patryk Vega jest jednym z najciekawszych zjawisk popkultury współczesnej Polski. Większość jego filmów spotyka się z powszechną krytyką, ale mimo to, na każdy z nich czeka się jak na świeże bułeczki. Trzeba przyznać, że droga do ukształtowania charakterystycznego dla tego twórcy stylu była dość wyboista i zawierała w sobie brutalne rozprawy z polskimi służbami („Pitbull”, „Służby specjalne”), żenujące próby rozbawienia widowni („Ciacho”, „Last Minute”), polskie exploitation o tym, jak głupi są nasi gangsterzy („Pitbull: Nowe porządki”, „Pitbull: Niebiezpieczne kobiety” i dwie części „Kobiet Mafii”) i wreszcie kino niby-zaangażowane („Botoks”). To właśnie ten ostatni film, mający pokazywać wszystkie grzechy polskiej służby zdrowia, a w rzeczywistości będący antyaborcyjną i antymedyczną propagandą, obraźliwą nie tylko dla medyków i ratowników, ale także dla całego społeczeństwa, wywołał w kraju największe oburzenie. Zrobił też najwięcej hałasu. Od tego filmu nazwisko Patryka Vegi było równoznaczne z jakąś kontrowersją, spowodowaną nie tyle przez same elementy składowe produkcji, ale mistrzowski marketing twórcy. No bo kto nie słyszał o scenie seksu z psem czy obrazie martwego płodu zrobionego w CGI? Nawet jeśli ostatecznie okazywało się, że poza swoim antyaborcyjnym manifestem, „Botoks” nie prezentował nic odkrywczego, a same sceny były zbiorkiem sprośnych żarcików, znanych dobrze wszystkim Polakom. „Polityka” była reklamowym samograjem. Krytyka polskiej sceny politycznej nie jest ani trudna, ani oryginalna. Różnią się tylko sposoby, w jaki uprawiamy ową krytykę – jedni wybierają spojrzenie iście tragiczne, inni komiczne, a jeszcze inni tragikomiczne. Prym wiodą od lat, oczywiście, kabarety, które mają być komiczne, ale niestety, wychodzi im to żenująco lub znośnie, ale w końcu nudno, jak było w przypadku „Ucha prezesa”. No właśnie – pierwszą rzeczą, nad jaką się zastanawiałam, kiedy Vega ogłosił produkcję „Polityki”, było to, jaki charakter nada wydarzeniom. Po zwiastunie wydawało się, że najbliżej temu będzie do tragikomizmu. Tak, mnie trailer tego filmu naprawdę się podobał. Miałam już pewne obawy, ponieważ wiem, że reżyser potrafi pokazać wszystkie najlepsze sceny w zapowiedziach, ale wciąż wmawiałam sobie, że nie musi tak być i tym razem. Tym bardziej, że wciąż słyszeliśmy o „kontrowersjach i trudnościach”. Można było wierzyć. Można było nie wierzyć. Nie dało się jednak nie czekać.

Czy było warto?



Polityka” zaskoczyła mnie już na samym początku podziałem na segmenty. Każdy, kto oglądał choć jeden film Patryka Vegi, wie, że jego najważniejszym problemem jest nieumiejętność nadawania swoim produkcjom jakiejkolwiek koherentnej struktury. Bohaterowie potrafią pojawić się na początku filmu, dostać niezłe przedstawienie, a potem zniknąć i pojawić się dopiero w ostatnich scenach. Takim bałaganem były „Kobiety Mafii” i „Botoks” - oba widocznie nagrywane jako seriale, ale zmontowane w film pełnometrażowy. Oba zostały w końcu wypuszczone w formie serii. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ten los podzieliła również „Polityka”, która posiada segmenty, ale każdy z nich wygląda jak zapowiedź epizodu. Jak to bywa w serialach, ich jakość absolutnie nie jest równa.


Każdy segment wybiera sobie jedną z wielu historii dotyczących polskiej polityki lub jej pochodnych. Wszystkie, oczywiście, mają ten typowy dla Vegi tabloidowy sznyt. Bezrefleksyjne podejście do postaci i wydarzeń ich dotyczących. Symetrystyczna percepcja polityki jako takiej. Mamy złych, gorszych i najgorszych, a poza tym, żadnej nadziei na zmianę. To, co musicie zapamiętać, to, że polityka psuje ludzi do szpiku kości. Najlepiej obrazują to trzy historie, czyli „Pani premier”, „Pupil” i "Prezes", w których poznajemy postacie wzorowane kolejno na Beacie Szydło, Bartłomieju Misiewiczu (choć twórcy napisali, że tak nie jest, bo pozew etc.) i Jarosławie Kaczyńskim. Prosta kobieta ze wsi i młody, mało inteligentny absolwent szkoły pewnego ojca dyrektora wkraczają w wielki świat machlojek, odwiecznej walki dwóch partii i reszty bałaganu, związanego z byciem politykiem. U premierki dochodzi do ostatecznej erozji lęków, wątpliwości i irytacji zacietrzewieniem w braku własnego zdania w czasie afery z premiami dla ministrów. Upokorzona musi oddać stanowisko młodszemu, ale wciąż może sobie wrócić na wieś, do starego życia i obrać ziemniaczki z mężem. „Pupil” nie ma jednak takiego szczęścia. Z początku pławi się w możliwościach, jakie daje mu Ministerstwo Obrony Narodowej, wykraczając, oczywiście, poza prawa, które posiada. Ostatecznie los odpłaca się mu za wszystkie wyrządzone innym ludziom krzywdy i jego kariera kończy się tak szybko i z takim impetem, z jakim się zaczęła. Tak czy tak – to nie jest jego wina. To nie jest nawet wina ludzi, którzy go wpędzili i utrzymali w takiej sytuacji. To wina polityki. Przez nią, oczywiście, najbardziej zepsuty jest Pan Prezes. Po wypadku ma on przydzielonego rehabilitanta, spędza z nim dużo czasu, są też sugestie co od homoseksualizmu bohaterów, jest miło, ciepło i przyjemnie, ale wszystko kończy się ostatecznym potwierdzeniem, że dopóki w rozmowie nie pojawia się polityka i spojrzenie na drugiego człowieka przez pryzmat jego poglądów, to z każdym można się dogadać.


Głównym bohaterem „Polityki” jest właśnie nasza społeczna percepcja polityki. Jak to w polskich kabaretach, politycy kradną, oszukują, zdradzają. Poza tym, nie liczą się dla nich idee, ale sama możliwość rządzenia i ustawienia się na całe życie. Patryk Vega nie wychodzi w swoim filmie ponad to, co możemy zobaczyć w Mrągowie. „Polityka” to po prostu zbiorek historyjek o ludziach, którzy być może, kiedyś byli dobrzy, ale teraz, wypruci z wszelkiej moralności, widzą w swoim życiu tylko jeden priorytet – mieć władzę. W ostatnim akcie wprowadzony zostaje bohater Daniela Olbrychskiego, w którego wjechała kolumna z premierką, i którego opozycja chce wykorzystać w swojej kampanii. Ten zgadza się startować, skrzętnie przygotowuje sobie program wyborczy, po czym postać wzorowana na Grzegorzu Schetynie porywa mu na strzępy kartkę z pomysłami i radzi nie myśleć za dużo o ideach na zmianę kraju. To wszystko doprowadza Olbrychskiego do pokazania swoich gołych pośladków na pierwszym posiedzeniu sejmu.


Patryk Vega ma lepsze i gorsze filmy. Trzeba przyznać, że ostatnio udawało mu się jednak unikać tworzenia filmów nudnych. „Polityka” jest jednak obrazem najgorszych wyobrażeń o produkcji Vegi, dotyczącej polityki. Do tego jest jeszcze okropnie nudna i nieangażująca, a zakończeń posiada więcej niż „Powrót Króla”. Marketing zapowiadał, moim zdaniem, coś o wiele bardziej tragikomicznego. Na pewno nie spodziewałam się, że Vega doprowadzi w tym filmie do dwukrotnego gwałtu na jednej ze swoich bohaterek, zostawiając to absolutnie bez żadnego komentarza. Ale taki właśnie jest ten film – niczym martwy znak, pozostawiony przez Patryka Vegę na szlaku jego filmograficznej ścieżki.

Najgorsze, że ja jestem pewna, że Vega byłby w stanie zrobić lepszy film. Najgorsze, że aktorzy są naprawdę znakomici w swoich rolach i świetnie się bawią, z zapadającym w pamięć Antonim Królikowskim na czele, więc mi ich bardzo szkoda.

No można było zrobić ten film lepiej.

Ale po co?

Przecież sprawdzona konwencja się sprzedaje.


Ten o starzejącym się Chudym, czyli "Toy Story 4" (2019)

Ten o starzejącym się Chudym, czyli "Toy Story 4" (2019)



O jakość animacji Pixara nie trzeba się bać, bo zwykle nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Nawet jeśli mają za sobą kilka wpadek, np. sequele „Cars” i „Dobrego dinozaura”, to seria „Toy Story”, której czwartą część możemy od jakiegoś czasu oglądać w polskich kinach, nie zawiera w sobie żadnej. Wręcz przeciwnie, to zgrabnie opowiedziane historie grupy zabawek, przeżywających przygody. „Toy Story” wyszło w 1995 roku i było pierwszym filmem animowanym całkowicie komputerowo. Na „Toy Story 2” twórcy zdecydowali się krótko po premierze rewolucyjnej bajki i ta część była pokazywana w kinach już w 1999. Jest to najmniej pamiętany epizod serii, bo i w świecie animacji nie wydarzyło się nic aż tak progresywnego, co mogłoby wzmocnić znaczenie filmu w galerii produkcji, jakie były wtedy pokazywane, a pamiętajmy, że mówimy tu o tzw. „renesansie Disneya”. Poza tym, nie dało się zbyt mocno zagrać na starzeniu się naszych bohaterów. Produkcja „Toy Story 3” odczekała niemal pokolenie, bo zaprezentowano ją dopiero w 2010 roku. Wśród widowni dominowały osoby zachwycone, ale tak czy tak – mało kto spodziewał się, że na trylogii się nie skończy. „Toy Story 4” pojawiło się na ekranach kin na przełomie lipca sierpnia tego roku. Przez ten rozstrzał w czasie produkcji na serii wychowały się już prawie dwa pokolenia, a studio, które ją stworzyło, może się szczycić posiadaniem w swojej filmografii czterech znakomitych animacji.




W „Toy Story 4” właścicielką znanych nam zabawek jest Bonnie, co wiemy już z ostatnich scen „Toy Story 3”. Bonnie czekają pierwsze chwile w szkole, a że radzi sobie z wizją tego doświadczenia o wiele gorzej niż Andy, to Chudy jest zaniepokojony i postanawia jej pomóc. Chowa się w jej plecaku i rusza razem z nią do zerówki, gdzie ma okazję podłożyć dziewczynce narzędzia do stworzenia Sztućka, nowej zabawki – tym razem takiej kreatywnej, bo zrobionej z śmieci. Sztuciek nie może przekonać się jednak do swojej nowej roli i uparcie trwa w przekonaniu, że jego miejsce jest w śmietniku. Chudy znajduje w tym kolejną misję i pragnie utrzymać Sztućka przy Bonnie. Wszystko wydaje się iść w dobrą stronę aż do momentu, w którym dziewczynka wyjeżdża z rodzicami na wycieczkę, biorąc ze sobą Sztućka i Chudego. Kiedy ten pierwszy ucieka, kowboj stawia sobie za cel odnalezienie go.





W tej części serii znów najważniejszym bohaterem jest Chudy. Po raz kolejny ma on zresztą nie tylko pomóc drugiej postaci, ale również wejść, dzięki temu, na kolejny etap swojego życia i pogodzić się z jego zmiennością. Twórcy nie ukrywają również, że „Toy Story 4” ma być filmem o zupełnie innym znaczeniu dla młodszych widzów i zupełnie innym dla starszych. Pod przykrywką pełnej humoru opowieści o zabawkach przeżywających kolejne przygody pod opieką właścicielki całkowicie innej od Andy'ego, przekazywane jest nam niesamowicie dojrzałe rozliczenie z życiową zmiennością i upływającym czasem. „Toy Story 4” radzi sobie ze zróżnicowaniem sposobów dotarcia do kilku grup wiekowych najlepiej ze wszystkich części serii. Chudy przeżywa tu istny kryzys wieku średniego i pięknie zresztą w tym filmie widać jak bardzo ten bohater zmienił się od pierwszego „Toy Story”. W końcu wszyscy pamiętamy jego strach o pozycję, kiedy pojawił się Buzz. Tutaj kowboj to już całkowicie pewna swojego znaczenia zabawka, która choć rozstała się ze swoim długoletnim przyjacielem, Andym, to wciąż widzi same pozytywy w swoim celu egzystencji, nawet jeśli osiąga go z innym właścicielem. Do tego, gdy tylko w domu zjawia się nowy gość, Chudy nie stara się już za wszelką cenę bronić swojego miejsca w drużycie. Wszystko, co robi, ma uszczęśliwić Bonnie i sprawić, że Sztuciek poczuje się prawdziwą zabawką. Przychodzi jednak czas, że i kowboj musi zakwestionować swoje dotychczasowe powołanie i skonfrontować z możliwościami, jakie niesie mu przyszłość. Twórcy „Toy Story 4” przepięknie pokazują w swoim filmie moment, w którym musimy wreszcie zdecydować, że choć osoby, dla jakich dotąd żyliśmy, ukształtowały nas jako ludzi, to w końcu przychodzi chwila na rozmyślania o rozpoczęciu życia bez żadnych etykietek, co w połączeniu z motywem kryzysu wieku średniego świetnie obrazuje uczucia rodziców, kiedy muszą odciąć pępowinę i pozwolić nie tyle swojemu dziecku, ale przede wszystkim, sobie, żyć własnym życiem.





To, że animacja jest przepiękna, nie będzie dla nikogo nowością. Pixar przyzwyczaił nas już do pewnej jakości zarówno w kontekście warstwy dzielonej z innymi filmami fabularnymi, jak i w kontekście wykonania animacji. Oglądając serię „Toy Story” można zresztą bardzo dokładnie zaobserwować jak wielki progres w powoływaniu postaci do życia za pomocą komputera uczyniło studio (i jak wiadomo nie tylko to konkretne studio uczyniło taki progres). Kiedy przypomnimy sobie jak sztucznie i czasami wręcz upiornie wyglądali ludzie w pierwszej części, a potem spojrzymy jak uroczo i naturalnie prezentują się teraz, to jeszcze lepiej poczujemy czas, jaki minął pomiędzy produkcją pierwszej a czwartej części. Czas, który moim zdaniem, przysłużył się czwartemu filmowi zarówno w sprawie jego lepszej animacji, jak i w sprawie jego oddziaływania na widzów, którzy choć dorośli, to gdzieś w środku wciąż zachowują uczucia towarzyszące im przy pierwszym spotkaniu z niezwykłymi zabawkami.

Toy Story 4” udaje się wprowadzić do serii nowych, dających łatwo się polubić, bohaterów. Sztuciek jest postacią absolutnie uroczą, a jego relacja z Chudym bardzo ładnie koresponduje z obecnym w kulturze motywem przyjacielskiej relacji uczeń-nauczyciel. Podobnie jest z lalką Gabby Gabby. Twórcom udało się nas zaskoczyć i nie tylko utrzymać poziom poprzednich filmów, ale nawet go przebić. Jeśli Pixar zdecyduje się kiedykolwiek kontynuować swoją sagę o humanoidalnych zabawkach, nie będę się już obawiać o to, czy wyjdzie z tego obronną ręką. Skoro najlepszą częścią „Toy Story” jest czwarta produkcja z tej serii, to dlaczego piąta miałaby być gorsza od reszty. Mam zresztą wrażenie, że skoro życie człowieka nie kończy się na przełomowych konfrontacjach ze status quo, to na tym nie kończy się również życie zabawek i jeszcze co najmniej raz zobaczymy ich zmagania z kolejnymi wyzwaniami, które rzuca im życie. Na to zresztą gdzieś po cichu liczę.


Pixarowi udało się w ich najnowszym filmie skorzystać z każdej szansy, jaką rzucił im pod nogi sukces i uwielbienie poprzednich filmów. Nie dość, że nostalgia, z którą wiąże się każdy kolejny seans produkcji z serii „Toy Story” nie zdominowała sposobu, w jaki postacie stanowią o sobie samych, to jeszcze pozwoliła je lepiej rozwinąć i jeszcze bardziej upodobnić ich pod względem psychologicznym do ludzi. W końcu widzowie, którzy w 1995 roku szli na wtedy nowy cud techniki komputerowej, w 2019 sami przeżywają pewnie wiele kryzysów. Dzięki „Toy Story 4” mogą przejść przez nie razem z ukochaną postacią.



Dzięki „Toy Story 4” wszyscy mamy szansę poczuć, że nie tylko my się starzejemy.



Chudy też tak ma.



PS W wakacje obejrzałam dużo dobrych rzeczy – fabuł, dokumentów, seriali. Widziałam też kilka niezłych krótkich metraży. Wszystko będzie się pojawiało tutaj sukcesywnie w formie albo długiego tekstu dla jednego filmu/serialu, albo zbioru kilku seriali w jednej notce. Wszystko zależy od tego, ile czasu będę mogła poświęcić na pisanie i czy będę czuła potrzebę napisania czegoś długiego. O rzeczach, o których nie mam potrzeby pisać długo, rozwijam się tutaj: https://www.facebook.com/PalmaKulturalna/




Ja, Quentin - o czym tak naprawdę jest "Pewnego razu... w Hollywood" (2019)

Ja, Quentin - o czym tak naprawdę jest "Pewnego razu... w Hollywood" (2019)




Spoilery pojawiają się w jednym akapicie i jest on oznaczony czerwoną czcionką.



Mało jest reżyserów, których filmy darzę tak wielką sympatią, jak filmy Quentina Tarantino. Nawet jeśli są czasami trochę przeciągnięte, to zawsze przepełnione uwielbieniem do kina i znakomitymi dialogami. Do tego wiele z produkcji Tarantino zredefiniowało znaczenie przemocy na ekranie, wprowadzając do niej b-klasową groteskę i komiksową nienaturalność. Nie można odmówić temu twórcy ogromnego wkładu w rozwój współczesnego kina, ale i kontrowersji związanych z poruszanymi tematami. Przy „Pewnego razu... w Hollywood” pojawiły się one, kiedy tylko do mediów przedostała się informacja, że ma on przedstawić zabójstwo Sharon Tate, amerykańskiej aktorski i żony Romana Polańskiego oraz jej przyjaciół, zamordowanych w 1969 roku przez sektę Charlesa Mansona. Tate była wtedy zresztą w dziewiątym miesiącu ciąży, a jej kariera dopiero miała się rozwinąć. 9 sierpnia 1969 zmienił więc nastroje w Hollywood na długi czas i stał się wręcz symbolem swojej epoki. Znając jednak wcześniejsze dokonania Tarantino, pojawiły się pytania, w jaki sposób twórca mógłby pokazać postacie Sharon Tate i jej morderców, nie tracąc przy tym dobrego smaku. „Once Upon A Time… in Hollywood” weszło do kin i… okazało się, że to tak naprawdę nigdy nie miał być film ani o dokonaniach sekty Mansona, ani nawet o Hollywood lat sześćdziesiątych…






Film rozpoczyna się stylizowanym na materiał z 1969 wywiadem z brawurowo zagranym przez Leonardo DiCaprio aktorem, Rickiem Daltonem, oraz jego dublerem, Cliffem Boothem (jeszcze lepszy Brad Pitt). Już na pierwszy rzut oka możemy zobaczyć jak zupełnie różnymi ludźmi są główni bohaterowie. Rick Dalton to wrażliwy i nieco chwiejny emocjonalnie mężczyzna, który nie może pogodzić się z tym, że jego najlepszy okres już minął. Po kilku latach grania protagonistów w westernach przychodzi dla niego czas na wybór pomiędzy zostaniem w Hollywood, ale wcielaniem się w przeciwników kolejnego pokolenia młodych gwiazd w pilotach seriali a wyjazdem do Włoch i kontynuowaniem tam dotychczasowo obranej ścieżki kariery w spaghetti westernach. Cliff Booth jest za to typowym samcem alfa i ma w sobie prawdopodobnie więcej testosteronu niż może się zmieścić w jakimkolwiek człowieku. Wciąż ciągną się za nim podejrzenia o zamordowanie swojej żony i on sam już dawno porzucił myśli o jakimkolwiek rozwoju i zmianach w życiu. Po prostu dzielnie służy Rickowi na planie i poza nim – podwozi go, naprawia sprzęt w domu, pomaga, kiedy się tylko da. Na tym polega nie tylko jego praca, ale i całe życie. Poza przedstawieniem nowych postaci Tarantino postawił sobie za cel również pokazanie epoki oraz co ważniejsze, skomentowanie swojej twórczości. W tym pierwszym bardzo pomagają mu czasami wręcz przydługie ujęcia i perfekcyjnie odtworzony krajobraz Hollywood lat sześćdziesiątych. W tym momencie możecie się głowić – no ale co z Sharon Tate, Polańskim, sektą Mansona i Brucem Lee, którzy mieli pojawić się w filmie? Oni właściwie nie są w „Pewnego razu… w Hollywood” postaciami, tylko częścią scenografii. Margot Robbie wygląda dokładnie jak Sharon Tate, ale jej rola nie wychodzi poza powiedzenie kilku słów, oglądanie filmu w kinie i tańczenie. Roman Polański Rafała Zawieruchy jest symbolem nowej ery w kinie. Mieszkający obok Ricka Daltona młody i ambitny reżyser z Europy ma przed sobą przecież długą karierę, a przy boku przepiękną dziewczynę. Sekta Mansona została przedstawiona jako grupa rewolucjonistów, która w pewnym momencie nie do końca w ogóle rozumie, o co w ogóle chodzi jej liderowi. Liderowi pojawiającemu się w tym filmie w jednej scenie. Po wyjściu z kina nie do końca uchwyciłam, dlaczego Mansona jest właściwie tak mało, ale po przemyśleniu wszystkich zabiegów, jakich Tarantino użył w swoim najnowszym dziele, wszystko ułożyło mi się w znakomicie skrojoną układankę. Jej częścią jest też przerysowany do bólu Bruce Lee. Nie dziwi mnie, że rodzina poczuła się urażona tym, w jaki sposób reżyser przedstawił legendę kina sztuk walki. Tylko że teraz nie dziwi mnie już, jakim cudem Tarantino, jako wielki fan X muzy, tak przedstawił jedną z jej największych ikon. „Pewnego razu… w Hollywood” nie jest bowiem filmem, w którym postacie i wydarzenia mówią same za siebie. To perfekcyjnie skrojona układanka, jaką jednak trzeba sobie ułożyć.




To, co najbardziej urzekło mnie nie tyle w trakcie oglądania, co po wielu godzinach przemyśleń po seansie, to liczba ścieżek interpretacji, jakie dał nam Tarantino. Z nich tworzy się dopiero przepełniona miłością do kina opowieść o kryzysie wieku średniego w życiu aktora, a także słodko-gorzki obraz na temat współczesnego Hollywood – nie, jak by się wydawało, lat sześćdziesiątych. Czas produkcji „Once Upon a Time… in Hollywood” przypadł w końcu na bardzo trudny okres dla przemysłu filmowego i jego twórców. Reżyser i scenarzysta filmu był zresztą w bliskich relacjach z Harvey'em Weinsteinem – z osobą, od której ujawnienia złych poczynań rozpoczęła się kolejna hollywoodzka rewolucja seksualna. Ta odpowiedzialna za zupełnie inny rodzaj wyzwolenia. O wolność Hollywood od ukrywania wykroczeń na tle seksualnym, jakich dopuszczały się osoby z branży – te mające na nią olbrzymi wpływ. Nie tyle symbolem sprawców, jak znakiem sposobu postrzegania Hollywood jest dla mnie bohater Brada Pitta – podejrzany i skrywający masę sekretów, ale z drugiej strony niezwykle przystojny, pociągający i silny. Równocześnie Cliff Booth wręcz idealnie odzwierciedla to, w jaki sposób Tarantino postrzegany jest jako twórca – bezkompromisowy, bezwstydny i niesamowicie odważny. Rick Dalton to już zupełnie inny obraz Fabryki Snów. Bohater DiCaprio został przez nią przygarnięty w czasach młodości, piękna i zdrowia, następnie wykorzystano go i wyżuto jak dobrą gumę balonową, a gdy u progu kolejnej dekady zaczęto szukać nowych gwiazd, wypluto i rzucono w odstawkę. Zresztą tak jak Rick – tak też Hollywood też nie radzi sobie ze swoimi problemami i wciąż nie może się zdecydować, w którą stronę teraz iść. Rick to wreszcie ten Tarantino, jakiego nie znamy – wrażliwy, z trudem podejmujący poważne decyzje i nie do końca potrafiący znaleźć sobie swoje miejsce w nowej epoce. „Pewnego razu… w Hollywood” jest o tyle specyficznym filmem, że jego ocena może być bardzo uzależniona od sposobu interpretacji. Quentin Tarantino zdecydował się na olbrzymią liczbę zabiegów z zapotrzebowaniem na wytłumaczenie obraną przez reżysera konwencją. I tak, jeśli oczekiwaliście pełnoprawnej historii o Ameryce lat sześćdziesiątych, to prawdopodobnie wyjdziecie zawiedzeni. Jeśli czekaliście na opowieść o Sharon Tate i jej mordercach, również wyjdziecie zawiedzeni. Jeśli liczyliście na typową dla Tarantino sieczkę z błyskotliwymi monologami i dialogami, też możecie się zawieźć. „Pewnego razu… w Hollywood” to po prostu o filmach Tarantino w filmie Tarantino w ramach filmu Tarantino, parafrazując pewną polską reżyserkę.





Możemy zachwycać się znakomitymi aspektami technicznymi czy też tym, że Margot Robbie wygląda dokładnie jak Margot Robbie. Jako dumni patrioci możemy z biało-czerwoną flagą wyczekiwać Rafała Zawieruchy. Reżyser dał również szerokie pole do popisów dla Brada Pitta i Leonardo DiCaprio, na którym obaj działają znakomicie, doskonale się dopełniając. Sam Tarantino chce nam jednak w pierwszej kolejności pokazać, w jaki sposób on widzi to, co zrobił od wejścia na plan „Wściekłych psów” do dzisiaj. I właśnie do tego służy mu Hollywood lat sześćdziesiątych. W mieście skupionym na tworzeniu rozrywki pojawiają się radykalni rewolucjoniści, którzy zatracili „Peace&Love” protoplasty. Ludzie z Fabryki Snów widzą ich na ulicach, podwożą ich autostopami, ale wydaje im się, że żyją w zupełnie różnych światach, i że tak zostanie na zawsze. Nic bardziej mylnego. Tarantino za pomocą morderstwa Sharon Tate i sekty Mansona chce nam też powiedzieć, do jakich wniosków odnośnie pokazywania śmierci w swoich filmach doszedł i dlaczego motyw dokonywania zemsty niedokonanej stał się ostatnio jego ulubionym. Historyczni bohaterowie są tutaj tylko ciekawostką, ale można ich też odbierać jako odbicia reżysera na różnych etapach jego działalności. Sharon Tate – niewinna dziewczyna z masą energii i marzeń, wychowana na filmach i marząca o filmach. Roman Polański – znakomicie zapowiadający się reżyser, który w Hollywood jest jednak człowiekiem z zewnątrz, niczym Quentin Tarantino odbierający w Cannes Złotą Palmę za „Pulp Fiction”, kiedy wszyscy oczekiwali, że trafi ona do Kieślowskiego. Bruce Lee – karykatura swojej epoki, wspominana często bezrefleksyjnie i płytko. Dzięki wpisaniu ludzi w scenografię i uczynienie z nich przerysowanych figur, otrzymujemy nie tylko jedno z najlepszych rozliczeń twórcy z własną twórczością, jakie widzieliśmy w ostatnich latach w kinie, ale także jeden z najsmutniejszych w swoim przerysowaniu obrazów o latach sześćdziesiątych w zachodniej części Stanów Zjednoczonych.






SPOILERY:
Choć „Pewnego razu… w Hollywood” jest zdecydowanie najmniej napawającym optymizmem filmem Tarantino, to nie brakuje w nim ani humoru, ani typowego dla tego twórcy przepisania historii tak, aby dokonać niedokonanej wcześniej zemsty na oprawcach i oddać hołd ofiarom. W „Bękartach wojny” Żydzi mieli okazję podpalić nazistów, w tym Hitlera. W „Django” sprawiedliwość otrzymała uciskana społeczność dziewiętnastowiecznych, czarnoskórych niewolników. W najnowszym filmie, jak można się domyślić, członkowie sekty Mansona nie docierają do domu Sharon Tate i Romana Polańskiego, ale do rezydencji Ricka Daltona, w której aktor razem z Cliffem Boothem kontynuuje rozpoczętą w meksykańskiej knajpie pożegnalną popijawę. Bohater Brada Pitta, jako niezniszczalny i idealny fizycznie super-człowiek, urządza im razem ze swoim psem jesień średniowicza, przypieczętowaną podpaleniem przez Ricka jednej z członkiń sekty za pomocą miotacza ognia, jakim kilka lat temu traktował w swoim filmie nazistów. Tuż po rozprawieniu się z mordercami postać DiCaprio spaceruje po ulicach Hollywood Hills i trafia pod bramę Sharon Tate. Okazuje się, że aktorka dobrze wie, kim on jest i zaprasza go do willi, na co czekał, od kiedy po raz pierwszy zobaczył Tate i Polańskiego, ponieważ liczył, że dzięki temu, rozpocznie współpracę z reżyserem. Ostatnie ujęcie, ukazujące Tate i jej przyjaciół witających się z Daltonem pozostawia nas w poczuciu, że choć w prawdziwym życiu doszło do mordu na niewinnych ofiarach, które właśnie widzimy na ekranie, to w filmie Tarantino mogliśmy odczuć satysfakcję z oglądania jak bohaterowie rozprawiają się z ich oprawcami. Na końcu nie ma jednak fajerwerek, ale jest ciche pożegnanie z ludźmi, jakich już nigdy nie zobaczymy. I mamy to w głowie od samego początku do samego końca. Bo u Tarantino to ci najgorsi dostają, na co zasłużyli – jak w baśni.




Kiedy wyszłam z seansu „Pewnego razu… w Hollywood” poczułam się trochę rozczarowana. Film, w którym Tarantino podsumowuje swoją twórczość, z każdą godziną rezonuje ze mną jednak coraz lepiej. Co warto podkreślić, uważam, że absolutnie nie jest to dzieło, od jakiego radziłabym zacząć przygodę z filmami tego twórcy, bo przy nim warto mieć jakieś zaplecze wiedzy o jego twórczości, żeby móc zajrzeć pod grubą warstwę hołdu Hollywood lat sześćdziesiątych i znaleźć w gruncie rzeczy bardzo melancholijną opowieść Tarantino o sobie i jego kinie. O kinie, w którym wszystko jest możliwe. O kinie, które przez swoją bezkompromisowość u niektórych wywołuje zachwyt, a u niektórych niemak. I wreszcie o kinie, które choć jest przepełnione ciętym humorem, charakterystycznie przyjemnym stylem i audiowizualnym ciepłem, to wciąż nie pozostawia widza obojętnym na tragizm obecny w każdej epoce, bez znaczenia jak piękna w kadrach i dziełach kultury by ona nie była. Tarantino może wiele. W końcu nie każdemu twórcy film taki, jak „Pewnego razu… w Hollywood” uszedłby na sucho. Ale nie znalazłoby się też zbyt wielu, którzy potrafiliby za pomocą przepuszczonej przez społeczną świadomość estetyczną historii z dekady dzieci kwiatów opowiedzieć tak sprawnie nie tylko o aktorze niemogącym poradzić sobie z pójściem w odstawkę i o jego nadludzko pięknym, silnym i podejrzanym dublerze, ale również po prostu o sobie.


Bo jeśli ten film miałby mieć inną nazwę, to tylko „Quentin Tarantino o sobie”.





Tam, gdzie plotą wianki i palą człowieczeństwo - "Midsommar. W biały dzień" (2019)

Tam, gdzie plotą wianki i palą człowieczeństwo - "Midsommar. W biały dzień" (2019)




Tam, gdzie otwierają się zawiłe korytarze ludzkiej chwiejności, tam za chwilę zjawia się Ari Aster. Po eklektycznym i nieco rozczarowującym „Hereditary, w którym jego skupienie na ludzkiej traumie rozpłynęło się gdzieś w powietrzu pod wpływem zbyt gęstego nagromadzenia motywów rodem wprost z B-klasowych horrorów o sektach, twórca postanowił poddać widownię makabrycznym rytuałom w biały dzień w celu przepracowania skrywanych głęboko pod skórą lęków przed opuszczeniem, rozstaniem, aż w końcu samotnością. Biały dzień jest jednak u Astera bardziej przerażający niż noc w jakimkolwiek innym filmie grozy, bo reżyser dobrze wie, jak odpowiednio wymierzyć akcenty i skontrastować prolog do podróży z resztą dzieła. Malownicza scena otwarcia, w której widzimy zimowy, górski krajobraz, a następnie bezdźwięczne śmierci i płacze przerywające melancholijną pustkę, choć dzieje się w nocy, działa przede wszystkim, jako cisza przed burzą, jaka ma nastąpić dopiero w promieniach szwedzkiego słońca.

Źródło: Rolling Stone

W „Midsommar. W biały dzień” poznajemy dwudziestoparoletnią Dani (w tej roli znakomita Florence Pugh) – kobietę zawieszoną pomiędzy przeszłością, stanowioną przez jej chorą psychicznie siostrę, a przyszłością – związkiem z Christianem, zagranym bez cienia fałszywej nuty przez Jacka Reynora. Tuż po tym, jak postanawia ona ruszyć do przodu, odpisując swojej siostrze na przerażająco enigmatycznego maila, bohaterka dowiaduje się o tragedii, którą jak się okazuje, nadawczyni wiadomości zapowiadała od jakiegoś czasu. Dani nie ma już w tym momencie nic do stracenia. Rodzina przeszła właśnie na tamten świat, przyjaciół nie posiada, a Christian, od dawna targany wątpliwościami co do racji bytu ich związku, nie potrafi znaleźć zrozumienia dla swojej chwiejnej emocjonalnie dziewczyny, nawet kiedy bardzo się stara. Teraz jest już jednak za późno na rozstanie i mający wyrzuty sumienia mężczyzna postanawia zaproponować Dani, licząc na jej odmowę, udział w wakacyjnej wyprawie na północ Skandynawii. Tej wyjazd wydaje się jednak dobrą odskocznią od myśli, które ma w Ameryce, więc razem z Christianem oraz jego kolegami: Joshem (William Jackson Harper), mającym napisać w Szwecji swój doktorat, Markiem (Will Poulter), chcącym korzystać tam ze swojego kawalerskiego życia oraz Pelle (Vilhelm Blomgren), inicjatorem całego wydarzenia, Dani wyrusza, aby wziąć udział w prastarym święcie związanym z przesileniem letnim, które odbywa się raz na 90 lat. Z początku wszystko wydaje się być dla dziewczyny tym, czego się spodziewała – sposobem na chwilowe zapomnienie o rodzinnej tragedii. Nic bardziej mylnego. W Szwecji Dani sama przeżywa przesilenie, w trakcie jakiego wybiera, gdzie dalej chce się udać w swoją życiową podróż, decydując równocześnie, kto ma jej w niej towarzyszyć. Wszystko pośród krwawych ceremoniałów, będących dla skandynawskiej komuny, z której pochodzi zresztą pomysłodawca wyjazdu – Pelle, czymś zupełnie zrozumiałym i wpisanym w tradycję.


Źródło: The Washington Post

Ari Aster brawurowo wykorzystał w „Midsommar” to, co w horrorach ujmuje mnie najbardziej, czyli wielowarstwowość historii. Reżyser w pełni rozwija zarówno tę dosłowną warstwę, jak i tę metafizyczną, ale nie zostawia nam na interpretacyjnej drodze martwych znaków, tylko dobrze przemyślane wskazówki. Dobrą decyzją było pozostawienie w sferze niedomówień historii sekty czy też jej obecności w kulturze szwedzkiej, bo dzięki temu, nie otrzymaliśmy tak, jak w przypadku „Hereditary” alegorii rozwodnionych w morzu faktów. Aster wrzuca swoich bohaterów do letniego lasu niespodziewanie i pozostawia ich przez jakiś czas bez żadnych odpowiedzi, pozwalając nam na zadanie mu wystarczająco dużej liczby pytań i oczywiście, nie satysfakcjonując nas zawsze jasnym wyjaśnieniem. Dalej przeraża pięknem w jeszcze bardziej wyrafinowany sposób, zanurzając postacie w przepełnionej zielenią, skandynawskiej wiosce tuż po narkotycznym tripie, po którym jako lubiący takie rozrywki, młodzi ludzie ani chwili nie podejrzewają, że coś może być nie tak. Jest z nimi przecież także Pelle, wychowany w tej społeczności. W tym momencie nie wiedzą jednak, jaką rolę w tej historii pełni właściwie ich kolega. I my również nie wiemy. Wchodzimy w świat piękny i czysty, co podkreślają zresztą białe stroje członków komuny. Nad naszymi bohaterami, wchodzącymi do kolorowej wspólnoty, góruje słońce. Wszystko wydaje się być idealną pocztówką z wakacji na wsi. Ari Aster usypia w tym momencie naszą czujność i razem z Dani, Christianem, Joshem, Markiem i Pelle zanurzamy się w szwedzkiej sielance. W tym momencie reżyser wprowadza pierwsze rytuały i ani mu się śni o stopniowym szokowaniu widza. Ba! Jest wręcz odwrotnie – najgorsze obrazy wprowadza on na sam początek szwedzkiej wycieczki, abyśmy z każdym głębszym poznaniem tego, na co stać społeczność, mniej skupiali się na makabrycznych czynach, a bardziej na tym, co Dani, protagonistka, otrzymuje od miejscowych za obserwowanie i wsiąkanie ich przyzwyczajeń. Stadialnie Aster pokazuje nam za to erozję bliskości i zaufania w związku Dani i Christiana, zakończoną dosłownie i w przenośni wielkim wybuchem.


Źródło: filmoteka.tvp.pl
Z każdą kolejną sceną „Midsommar” można sobie uświadomić, jak wielką rolę w filmie odgrywa światło. Gdyby nie rozjaśniony krajobraz i wysoka saturacja barw, dzień nie przerażałby tu swoim pięknem i spokojem aż tak. Każda jego cecha została jednak podniesiona do rangi nadzwyczajnej i maksymalnie podkręcona tak, że nawet tajemniczy żółty budynek w kształcie ostrosłupa wydaje się być częścią flory i fauny, a patrzeć na niego możemy z równoczesnym zachwytem i podejrzliwością. Zdjęcia Pawła Pogorzelskiego to zresztą jeden z największych atutów nowej produkcji Ariego Astera. Geometryczne kadry są znakomicie zainscenizowane i zapadają w pamięć, dzięki swojej obrazkowości. Reżyser i operator wypracowali sobie już zresztą swój unikalny pokazywania śmierci na trzy różne sposoby. W obu filmach zaczęło się przecież od cichego odchodzenia – w „Hereditary” właściwie już od pogrzebu, a w „Midsommar” od długiego mastershota, skwitowanego kilkoma spazmatycznymi jękami głównej bohaterki. Zarówno w swoim pierwszym, jak i w swoim drugim filmie Aster zapakował w sam środek najbardziej drastyczne sceny śmierci, jakie mają wyładować napięcie ciążące w postaciach po pierwszym etapie, kiedy to nie wyraziły jeszcze dostatecznie swojego bólu. Na sam koniec otrzymujemy zgony rytualne. Głośne, w akompaniamencie ambientowych symfonii i w swojej estetyce po prostu piękne. One stanowią moment godzenia się z samym sobą. Choć w „Hereditary” nie wszystko zadziałało najlepiej, to Aster postanowił nie rezygnować z obranego przy pierwszym filmie schematu, tylko po prostu lepiej nad nim popracować i dzięki temu, w „Midsommar” otrzymaliśmy przepiękny i bezbłędną już opowieść o powolnym akceptowaniu utraty drugiego człowieka – czy to przez jego śmierć, czy to przez rozstanie.


Źródło: Vanity Fair

Midsommar. W biały dzień” to dla mnie horror idealny. Straszy tym, co nie jest nam obce, czyli tym, co ludzkie, korzystając ze schematu wprowadzenia nowych jednostek do zamkniętej społeczności, z którego równie świetnie czerpał w XXI wieku chyba tylko Lars von Trier w swoim wybitnym „Dogville”. Inspiruje się klasyką gatunku, a najbardziej zauważalnie „Kultem”. Do tego Ari Aster doskonale korzysta z pola do alegorycznych popisów, jakie daje mu obrana konwencja. Oprócz tego, świetnie potrafi poprowadzić aktorów, z których ról nie chce nigdy tworzyć galerii schematów obecnych w gatunku od ery slasherów, ale każdemu daje dość obfity character arc i szansę na popisy w granicach naturalności oraz zaplanowanej i wymierzonej w punkt gry na emocjach i czujności widzów.