Zjedz Snickersa, Lars! - "Dom, który zbudował Jack" (2019)

Zjedz Snickersa, Lars! - "Dom, który zbudował Jack" (2019)



Myślałam, że “The House That Jack Built” to będzie JEDYNIE taka tona mułu zapewniająca von Triera o tym, jaki to jest niesamowity. Muszę Wam, oczywiście, w tym momencie choć odrobinę zarysować mój stosunek do duńskiego świra. Moja przygoda z Larsem von Trierem zaczęła się od filmu "Tańcząc w ciemnościach". Zakochałam się w nim, ale równocześnie nie potrafiłam go obejrzeć po raz drugi aż do wakacji zeszłego roku. Później przyszedł czas na "Przełamując fale" i "Melancholię", które również złapały mnie za serce. Z "Idiotami" było już trochę gorzej, a po "Antychryście" do tej pory bolą mnie kości. Pierwsza "Nimfomanka" była w porządku, ale druga to już znów powrót do pretensjonalności lvl almost "Antychryst". Najlepszym filmem von Triera jest dla mnie bez wątpienia "Dogville", które kilka lat później próbował kontynuować w niezłym "Manderlay". Jeżeli chodzi o "The House That Jack Built" to nie byłam nawet pewna, czy chce to ustrojstwo oglądać. Film miał już złą passę na etapie... premiery plakatu. Po zwiastunie i premierze w Cannes (która nota bene, miała być powrotem Larsa na Lazurowe Wybrzeże po tym, jak 6 lat wcześniej wypowiedział tam swoje słynne "I understand Hitler") produkcja była w oczach wielu, w tym moich skończona. Bo tu właśnie dochodzimy do mojego słynnego "Tak bardzo, jak uwielbiam filmy von Triera, tak nie trawię jego osoby". Dlaczego? Bo Lars von Trier to reżyser przekonany o swojej zajebistości przy każdym filmie bardziej niż Terrence Malick przy "Song to Song", to człowiek, którego głównym celem jest pokazanie, jak wielkim geniuszem jest i jak maluczcy jesteśmy, jeśli nie rozumiemy, co chciał przekazać. To także wielki cham i prostak, co pokazały jego wywiady czy zachowania. Trzeba wspomnieć, że nad twórcą wciąż wiszą oskarżenia o molestowanie seksualne Björk w trakcie kręcenia "Tańcząc w ciemnościach".


Pomimo tego, jak nie cierpię von Triera, to postanowiłam jego "The House That Jack Built" jednak zobaczyć.



Film opowiada historię seryjnego mordercy, Jacka, który swoje morderstwa traktuje jak dzieła sztuki. Poza tym, produkcja (nie postać!) jest self-insertem Larsa von Triera, więc mamy tu jego wszystkie poglądy I podejścia do przeróżnych tematów w pełnej krasie.


Reżyser, oczywiście, nie ukrywa, że Jack to jego alter ego, a cały film jest oparty na "Boskiej komedii" Dantego. I właśnie te całkowicie jasne nawiązania, bez ukrywania ich pod warstwą pretensjonalnych popłuczyn, jak to było w "Antychryście", sprawiły, że "The House That Jack Built" jest w ogóle oglądalny. Stężenie przemocy jest ogromne, ale nie powiedziałabym, żeby nie było to potrzebne. Von Trier sprawdza naszą wytrzymałość, równocześnie skłaniając do pytania, czy takich rzeczy nie widzieliśmy już aby u Tarantino, w "Pile", w “Funny games” czy w "Halloween" Roba Zombiego. Jakby się tak zastanowić, to wszystko już było.


W “The House That Jack Built” dostajemy inteligentnego psychopatę i głupie ofiary, bo jakże inaczej napisać analizę przemocy w kulturze. Von Trier nie chce jednak kolejnego Patricka Batemana. Tworzy postać antypatyczną i zepsutą do bólu. Nienawidzimy go już od pierwszych scen, nawet jeśli Matt Dilon jako Jack jest wspaniały. Jack to psychopata, który zabija z zimną krwią – dokładnie tak, jak von Trier ma w głębokim poważaniu swoich widzów, swoich współpracowników i w ogóle cały świat. Po “The House That Jack Built” nienawidzę go jeszcze bardziej. I mam właściwie wrażenie, że dokładnie tego chciał.





Do swojego najnowszego filmu reżyser dołączył przecież również swój ulubiony pretensjonalny element, czyli sztukę. I to taką z najwyższej półki. Jak muzyka, to tylko klasyczna i klasyczny rok. Jak rzeźba, to taka, do której Jack nawiąże w dialogu z Vergem. Oczywiście, że von Trier co rusz popada w samozachwyt. Udaje mu się jednak stworzyć z głównego bohatera tykającą bombę traktującą swoje morderstwa jak dzieła sztuki – właśnie tak, jak traktują je ludzie tworzący sztukę o zabijaniu w tym sam von Trier. Ale równocześnie reżyser nie pragnie naszej fascynacji samym Jackiem. Co chwilę podkreśla, jak bardzo odpychającą osobą on jest. I z tego wychodzi niezła farsa na temat przemocy w kulturze. Ja za przemocą na ekranie nie przepadam, jeśli używa się jej dla samego zadowolenia osób lubiących takie sceny. W innych przypadkach jest mi w sumie obojętna. Wiedziałam, na co się piszę, kiedy zamierzałam obejrzeć ten film. Ba! Von Trier podpisał przecież w 1995 manifest Dogma 95, który podkreślał wagę naturalizmu w kinie i pragnienie grupy duńskich reżyserów, aby kino naturalnym pozostało (zachęcam do poczytania o tym więcej w sieci).

Jedno mnie smuci – świadomość, o ile lepszy byłby to film, gdyby nie robił go von Trier. Gdyby robili to bracia Coen, Martin McDonagh czy Tarantino. Gdyby robił to ktoś, kto nie musi pokazywać, jaki jest wspaniały. A tak – film, który mógł być arcydziełem, jest po prostu dobry.

Nie poruszę w tej recenzji czy może nawet analizie jednego tematu, który dostanie własną analizę na blogu lub na youtubie – sposób pisania kobiecych bohaterek i w ogóle stosunek do kobiet. Lars von Trier przekroczył, moim zdaniem, granice dobrego smaku nie w przemocy, ale właśnie w tym, jak pokazane są w jego filmach kobiety i jak bardzo lubi je wykorzystywać. Na mój odbiór filmu wpływa to tak, że jeszcze bardziej nienawidzę reżysera i głównego bohatera.



W “The House That Jack Built” pojawia się epilog, który już jest słynny i przez niektórych wyśmiany jako pokaz pretensjonalności, ale moim zdaniem, to chyba najlepsze sceny w całym filmie. Pięknie zaprezentowane i nagrane, a von Trier oczyszcza się w nich ze swojego podawania jedynej słusznej interpretacji tak, jakbyśmy byli za głupi i daje choć malutkie pole do dopowiedzenia tego, co chcemy.


The House That Jack Built” to dobry film, ale absolutnie nie dla każdego – głównie z powodu przemocy. Ja sama nie zamierzam do niego wracać przez najbliższe lata. Moja relacja z von Trierem zasługuje na przerwę (no chyba że mówimy o “Dogville”). Jego najnowszy film jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że bardzo nie lubię tego reżysera jako osoby, ale w kino to jednak zwykle umie.




Oscary (nie) dla każdego - O nominacjach do Oscarów 2019

Oscary (nie) dla każdego - O nominacjach do Oscarów 2019




Jak tylko słyszę, że Oscary się nie liczą, to chce mi się śmiać. Liczą się. Nawet bardzo. Guillermo del Toro po zdobyciu statuetek za “Kształt wody” dostał masę propozycji, a wcześniej jego pomysły były dość często odrzucane przez większe wytwórnie. Nie jest to człowiek nowy w Hollywood, ale jakimś sposobem nowe projekty przyszły wraz z Oscarem. Damien Chazelle próbował zrealizować “La La Land” przez kilka lat, ale producenci znaleźli się dopiero wtedy, kiedy “Whiplash” został pozytywnie odebrany przez Akademię. Wniosek jest więc taki, że Oscary jednak się liczą i wynik sondy mówiący o tym, że większość Amerykanów nie wie, co zdobyło w zeszłym roku statuetkę za najlepszy film, za dużo nie zmienia. Ludzie zanotowali jednak obecność danych produkcji na danym rozdaniu, a studia filmowe liczą się z Oscarami, bo “będzie przecież można napisać, że to zdobywca Oscara”, a jest jednak jakaś tam grupa ludzi, dla której renoma twórcy ma znaczenie. Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej powinny nas zatem choć trochę obchodzić. W tym roku postanowiłam omówić nominacje na blogu, bo tyle samo rzeczy było w nich do przewidzenia co mnie zaskoczyło.





Zaczniemy od kategorii Best Picture.

Jestem na bieżąco z Oscarami od roku 2013 – dotychczas zdarzało mi się mieć nawet sześć filmów, dla których nagroda byłaby dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Tak zdarzyło się w zeszłym roku. W latach 2015-2017 bez problemu potrafiłam wybrać cztery takie produkcje. Tym razem nie jest aż tak różowo. W zestawieniu mamy:
  1. Bohemian Rhapsody”, czyli nudny film o rodzinie kangurów o Queen. Nie mogę tu pisać o żadnym zaskoczeniu, bo ten twór filmopodobny zbierał od ludzi kina dość pozytywne opinie – głównie w social mediach. Jest to też przecież czysty przykład Oscar baitu. Z tą różnicą, że kiedy rok temu inne Oscar baity – “The Post” i “Darkest Hour” znajdowały się w tej kategorii, to nikt nie wspominał nawet o ich jakichkolwiek szansach. W przypadku “Bohemian Rhapsody” wszystko jest możliwe…
  2. Czarną Panterę”, na której temat nie zamierzam się zbyt długo rozwodzić. Zrobienie pierwszego tak dużego filmu z czarnoskórym superbohaterem i to filmu tak czerpiącego z kultury afrykańskiej, angażującego do produkcji głównie ludzi takiego pochodzenia to nielada wyczyn, bo jeśli się zastanowić czegoś takiego po prostu nie było – nikt nie chciał dotąd na taką skalę wyprodukować. Poza tym, widać, jak ważne miejsce ten film zajmuje w sercach Amerykanów, a Oscary to jednak konkurs popularności. Rozumiem tę nominację doskonale i nie będę drzeć z Akademią kotów.
  3. Czarne bractwo. BlacKkKlansman” - Spike Lee wrócił z ostrym, ale i satyrycznym komentarzem politycznym. Zaangażował do swojego filmu świetnych ludzi. Lubię tę produkcję, o czym przekonacie się w moim wideo o faworytach, które wyjdzie jakoś tydzień przed samą galą.
  4. Faworyta” - jak mnie cieszy, że Lanthimos znajduje się wreszcie w głównej kategorii. To jest człowiek z takim zmysłem i mózgiem, jakich na świecie chyba jeszcze nie było. “Faworyty”, co prawda, jeszcze nie widziałam, ale ten film jest tak w moim stylu, że albo będzie moim ukochanym, albo znienawidzę go za bycie rozczarowaniem.
  5. Green Book” - To jest film, który jeszcze kilka lat temu byłby murowanym faworytem. Jesteśmy jednak w 2019 I nominacja dla “Green Book” nie jest ani niczym odkrywczym, ani niczym, co by stanowiło dla kogokolwiek problem. Tak w ogóle to tego też nie widziałam, ale widzę, co o nim piszą i na podstawie tego wysnuwam wnioski.
  6. Narodziny gwiazdy- nie wiem, czy wiecie, jak bardzo nie lubię tego filmu. Nie chciało mi się pisać na jego temat długiego elaboratu, bo moje wszystkie myśli idealnie odzwierciedla post Kasi Czajki-Kominiarczuk, Zwierza Popkulturalnego. Nienawidzę, kiedy ktoś (tutaj: Bradley Cooper) robi nową wersję jakiegoś filmu, która ma niby być na NASZE CZASY, ale nie wnosi w nią nic nowego, więc wszelkie krzywdzące stereotypy i schematy zostają, a obecnie już w zupełności nie działają. Poza tym, to jest serio, tak słabo napisana historia, że aż boli.
  7. Roma” - przyszedł wreszcie czas na mojego faworyta. “Roma” to film idealny. Alfonso Cuarón dokładnie wiedział, co chce przez tę produkcję przekazać, jak ona ma wyglądać. Dokładnie tak, jak przy Pawlikowskim w “Zimnej wojnie”, czuć, że reżyser, choć nieobecny na ekranie, przeżywa większe katharsis niż jakikolwiek aktor występujący w samym filmie. I to jest takie piękne uczucie…
  8. Vice” - kolejna spodziewana nominacja, ale tak, jak w przypadku “BlacKkKlansman” - nominacja, która mnie bardzo cieszy. “Vice” to satyra idealna, do jakiej poziomu reżyserzy i scenarzyści kolejnych produkcji powinni pragnąć dążyć.

Wielu mówi o braku w tej kategorii “If Beale Street Could Talk”, którego nie widziałam, więc się nie wypowiadam. Film Jenkinsa zdobył jednak już w tym roku Satelitę, więc fakt, że go tu nie ma, jest dość dużym zaskoczeniem. Mnie osobiście brakuje “Zimnej wojny”, “Spider-Mana: Uniwersum” oraz “Cichego miejsca”.





















Jeżeli chodzi o kategorie aktorskie, dawno nie było tak nudnych nominowanych ról. W zeszłym roku byli to, np. Timothée Chalamet w roli poszukującego swojej seksualności nastolatka, Francis McDormand w roli charakternej matki pragnącej odnaleźć mordercę swojej córki, Gary Oldman w roli Winstona Churchilla, Sally Hawkins w roli niemej, potrzebującej miłości kobiety. W jednym filmie udało im się znaleźć dwie zupełnie różne postacie policjantów. Na tym rozdaniu możemy się pozachwycać tym, na co wielu z nas zgrzyta zębami, czyli odtwarzaniem postaci, bo piętnaście na dwadzieścia nominowanych grało albo postać historyczną albo tak, jak Lady Gaga i Bradley Cooper w “Narodzinach gwiazdy”, bohaterów złożonych jedynie ze schematów. W kategorii męskiej pierwszoplanowej możemy wybrać między:
  1. Ramim Malekiem (“Bohemian Rhapsody”), którego zadaniem było nauczyć się manieryzmów Freddiego i wygrać z charakteryzacją, co moim zdaniem, wyszło mu bardzo dobrze,
  2. Christianem Balem (“Vice”), który miał właściwie dokładnie to samo zadanie, co Malek i również wypadł znakomicie,
  3. Willemem Dafoe (“At Eternity's Gate”), którego nie widziałam, ale aktor gra tu Van Gogha, więc sytuację ma trudniejszą, choć to wciąż rola historyczna,
  4. Viggo Mortensenem (“Green Book”), którego też nie widziałam, ale jego rola też jest historyczna,
  5. Bradley'em Cooperem (“Narodziny gwiazdy”), który powtarzał ten szkodliwy archetyp mężczyzny niemogącego sobie poradzić z karierą swojej kobiety.



Najciekawiej i tak przedstawia się kategoria kobieca pierwszoplanowa, bo mamy tu:
  1. Glenn Close („Żona”), która wreszcie ma szansę na statuetkę i zresztą będzie to nagroda całkowicie zasłużona,
  2. Olivię Colman („Faworyta”), która ma najbardziej wyrazistą rolę z całej tej gwardii, co wiem bez oglądania filmu, bo widać to po samych klipach. Dotąd Colman nie była doceniana za oceanem, więc nominacje mnie bardzo cieszą,
  3. Lady Gagę („Narodziny gwiazdy”), która podobnie jak Cooper odgrywa archetyp z zamierzchłych czasów, ale robi to z większą gracją. Akademia lubi jak piosenkarki grają, więc i Gaga musiała się tu znaleźć,
  4. Yalitzę Aparicio („Roma”), której nominacja ma tak naprawdę największe znaczenie, bo nie dość, że z nieanglojęzycznego filmu, to jeszcze debiutantka i amatorka. Oscary się otwierają, co widać nawet po śmiesznym Best Picture, ale tutaj Yalitza Aparicio może otworzyć na przyszłość drogę, np. Joannie Kulig,
  5. Melissę McCarthy („Can you ever forgive me?”) - jak bardzo mnie cieszy, że wreszcie widzą, jak dobrą aktorką jest McCarthy. Fakt, że największą część jej kariery wypełniają głupie komedie, ale to jest naprawdę świetna aktorka dramatyczna, co pokazała m.in. w „Mów mi Vincent”. Nie widziałam jeszcze „Can you ever forgive me?”, ale czekam bardzo.



Drugi plan omówimy sobie już odrobinę inaczej, bo tam można mówić o pewnych zaskoczeniach. W przypadku pierwszego planu mogłabym wskazać jedynie na brak Ethana Hawke'a za „First Reformed” oraz Toni Colette za „Hereditary”. O tym jednak będzie więcej, jak obejrzę wszystkich nominowanych.

Najlepsza aktorka drugoplanowa:
  1. Amy Adams („Vice”)
  2. Rachel Weisz („Faworyta”)
  3. Emma Stone („Faworyta”)
  4. Regina King („If Beale Street Could Talk”)
  5. Marina de Tavira („Roma”)

Największym zaskoczeniem tej kategorii jest obecność Mariny de Taviry. Dla mnie jest to bardzo pozytywne zaskoczenie, bo aktorka odwaliła tam genialną robotę, a jak dotąd, jej miejsce zajmowała nierobiąca na mnie w „First Manie” aż takiego wrażenia, Claire Foy. Brakuje mi tu trochę Emily Blunt za „Ciche miejsce”.




Najlepszy aktor drugoplanowy:
  1. Sam Elliot („Narodziny gwiazdy”)
  2. Sam Rockwell („Vice”)
  3. Mahershala Ali („Green Book”)
  4. Adam Driver („Czarne bractwo. BlacKkKlansman”)
  5. Richard E. Grant („Can you ever forgive me?”)

Największym zaskoczeniem jest tutaj brak Timothée Chalamet za „Mojego pięknego syna”. Aktor pojawiał się praktycznie w każdym zestawieniu, ale na samych Oscarach już go nie ma. Poza tym, skład jest taki, jak przewidywałam.




Najlepsza reżyseria:
  1. Spike Lee („Czarne bractwo. BlacKkKlansman”)
  2. Paweł Pawlikowski („Zimna wojna”)
  3. Yorgos Lanthimos („Faworyta”)
  4. Adam McKay („Vice”)
  5. Alfonso Cuarón („Roma”)

Żałuję, że nie nagrałam tego głębokiego westchnienia z ulgą, kiedy nie zobaczyłam w tym zestawieniu Bradleya Coopera. Do tego na miejscu, które dotychczas zajmował reżyser „A Star Is Born”, znalazł się Paweł Pawlikowski. Krzyk radości!




Jeśli chodzi o scenariusz oryginalny, to bardzo cieszą mnie nominacje dla „Vice”, „Romy” i „First Reformed”, a reszty jeszcze nie widziałam, więc jest mi obojętna. Ze scenariuszem adaptowanym mam już gorszą sytuację, bo nie widziałam „If Beale Street Could Talk” i „Can you ever forgive me?”, a cieszy mnie jedynie nominacja dla „BlacKkKlansman”. Jestem rozczarowana nominowaniem „Narodzin gwiazdy”, ponieważ scenariuszowo to jest kompletna papka. „Ballada o Busterze Scruggsie” tylko mi pokazała, że Coenowie mają już ten sam okres, który przechodzi Burton, więc wiecie, jakie mam podejście do tego filmu.





Reszta kategorii to przede wszystkim:

  1. Brak „Płomieni” w filmie nieanglojęzycznym.
  2. Brak zwycięzcy w kategorii najlepsza muzyka na KAŻDEJ gali, która dotąd się odbyła, czyli Justina Hurwitza za „First Man”. Jestem na to tak zła na Akademię, że aż brakuje mi słów.
  3. Łukasz Żal nominowany za „Zimną wojnę” za najlepsze zdjęcia.

O Oscarach będzie tu jeszcze dużo. Tym bardziej, że chcę wrócić do nagrywania na youtube. Wszystko będzie przebiegało wtedy o wiele szybciej. Będzie to na pewno ciekawa gala. Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej to jedyne, których wyniku nie mam gdzieś. To jedyne, których nominacji nie mam gdzieś. Poświęciłam zresztą na nie osobnego, długiego na dziesięć stron posta, więc coś tu musi być jednak na rzeczy.

Tegoroczne nominacje podsumowałabym tak:

Nie jest dobrze, ale zawsze mogło być gorzej. :)

Zapraszam na Facebooka: https://www.facebook.com/PalmaKulturalna/

Dziwić może fakt, że nie znalazła się tu żadna reżyserka, kiedy w tym roku wyszło wiele filmów wyreżyserowanych przez kobiety. Tyle, że same te produkcje nie zostały zauważone także w innych kategoriach, więc wnioski można wysnuwać przeróżne.


20 najlepszych albumów 2018 roku

20 najlepszych albumów 2018 roku




Podsumowanie 2018 roku zaczynamy od najlepszych albumów. Na samym początku chciałabym jednak zaznaczyć, że to jest moje subiektywne zestawienie, w którym pełno jest praktycznie każdegu gatunku muzyki, jakiego słucham – jazzu, rocka, electropopu etc. Wybrałam to, co grało mi w tym roku w duszy najbardziej, żebyście i Wy mogli posłuchać, bo może o niektórych pozycjach z tej listy nawet nie słyszeliście.







20. The 1975 A Brief Inquiry Into Online Relationships


The 1975 odkryłam przy okazji ich poprzedniego krążka i topki najlepszych płyt 2016 roku Łukasza Stelmacha. Zakochałam się w tym brzmieniu od pierwszego usłyszenia. A Brief Inquiry Into Online Relationships jest czymś jeszcze lepszym niż I like it when you sleep, for you are so beautiful yet so unaware of it. Czuć tu przede wszystkim większą spójność i szerszą gamę brzmień. Od The 1975 zaczynam tę topkę, bo to było bardzo pozytywne zaskoczenie, że udało im się pobić już tak dobry album.




19. The Carters Everything Is Love


Everything Is Love to krążek, który podzielił w tym roku słuchaczy, jak udało się to potem tylko Grecie Van Fleet. Ja należę do grupy zdecydowanie zadowolonych z pierwszego podpisanego wspólnym nazwiskiem projektu Beyoncé i Jaya-Z. O czym trzeba w przypadku tego albumu wspomnieć to także strona wizualna. Już teledysk do APESHIT nagrany w Luwrze zapowiadał, że będzie ostro. The Carters nie zawiedli – otrzymaliśmy krążek, który idealnie skondensował możliwości obojga artystów.




18. Ariana Grande Sweetener



Sweetener byłby pewnie wyżej, gdyby nie mój problem z Arianą Grande. To prawda, że Grande jest znakomitą piosenkarką o skali, o jakiej można pomarzyć. Ja mam jednak od zawsze problem z jej wizerunkiem i tego, że zawsze czuję, że wokalistka śpiewa o tym samym – czy tekst jest smutny, czy wesoły – nie czuję żadnej interpretacji. Sweetener przełamał tę barierę – może dlatego, że to, jak do tej pory, najbardziej osobisty projekt Ariany Grande. Co prawda, wciąż nie jestem jej fanką, ale odbieram nowy krążek jako coś bardzo jednolitego i złożonego z emocji, których mi u niej brakowało, a nie jak w przypadku, Dangerous Woman – z wyobrażeń i powszechnych w muzyce hasełek. 

17. Cardi B Invasion of Privacy



Nie lubię Cardi B w wywiadach czy w ogóle gdziekolwiek indziej niż w muzyce, gdzie ją widziałam. Jeśli miałabym w ogóle stworzyć listę ludzi popkultury z najbardziej żenującymi sytuacjami w 2018 roku, to Cardi B byłaby pewnie niedaleko dzierżącego pierwsze miejsce Kevina Spacey. Nie mogę jednak odmówić Invasion of Privacy bycia świetnym albumem. Cardi B w roli mainstreamowej raperki sprawdza się o niebo lepiej niż Nicki Minaj. Jej debiutancki album jest czymś zdecydowanie świeżym i wartym zapoznania się. Tym bardziej, że artystka weszła na nim w ciekawe i bardzo udane kolaboracje, m.in. z SZA czy Chance the Rapper.




16. Dawid Podsiadło Małomiasteczkowy


Należę do fanów nowej płyty Dawida Podsiadło… a chyba żadnego albumu z tej listy nie wysłuchałam po raz pierwszy aż tak długo od premiery. Małomiasteczkowy (singiel) leciał u mnie od razu po wydaniu, ale Nie ma fal usłyszałam dopiero trzy tygodnie po wypuszczeniu tej piosenki (yup, nie słucham radia praktycznie wcale – jeżeli już, to tylko RMF Classic, Radio Zet Gold, Melo Radio, Trójka i Czwórka – RMF FM to dla mnie jedynie felietony Olbratowskiego). I tak – to prawda, że temu albumowi brakuje wyrazistości i innowacji Comfort and Happiness i Annoyance and Disappointment… przynajmniej w brzmieniu, bo w promocji to jest złoto najczystsze, ale nie mam uczucia, żeby Podsiadło chciał na Małomiasteczkowym przekazać cokolwiek większego muzycznie. Odbieram tę płytę raczej jako manifest złożony z przemyśleń po rocznej przerwie od mediów i życia publicznego. Może właśnie dlatego jestem z niej zadowolona.




15. Mother MotherDance And Cry


Mother Mother czekało z wydaniem Dance And Cry jak Zatorski z Pech to nie grzech. Te dwa podmioty różnią się jednak jakością, bo Kanadyjczycy ze swoim nowym krązkiem po raz kolejny pokazali mi, jak dobrze umieją w indie rock (a mnie jest do wszystkiego, co ma gdzieś wpisane indie, poza filmami, bardzo trudno przekonać). Album odznacza się ogromną różnorodnością – jest energiczne, tytułowe Dance And Cry, ale i spokojne, gitarowe Only Love. Polecam zapoznać się z tą pozycją, bo w Polsce jest o tym zespole zdecydowanie za cicho, a to już jednak siódmy krążek.





14. Sigirid Raw EP



Czas na jedyną EP-kę w tym zestawieniu. Sigrid odkryłam przypadkiem na Facebooku. Zobaczyłam filmik z jednego z jej koncertów i z miejsca zakochałam się w tym klimacie. Jak ten album buja – w szczególności otwierające i tytułowe, Raw. Najciekawsze jest to, że możemy na artystkę popatrzeć jeszcze z perspektywy niewydania LP i czegokolwiek innego. To po prostu świetnie śpiewająca dziewczyna z umiejętnościami kompozytorskimi i niesamowitą energią.



13. The Struts Young & Dangerous


The Struts odkryłam całkiem niedawno, ale z miejsca pokochałam całym sercem. Tego szukałam w rocku ostatnich lat już od dłuższego czasu, a nie mogłam znaleźć. Nie należę do hejterów Greta Van Fleet, ale jechanie na brzmieniu innego zespołu (nota bene wybitnego) nie jest niczym odkrywczym i ich Anthem of the Peaceful Army szybko zamieniałam na Dazed and Confused. Z The Struts było inaczej. Jest tu dużo inspiracji z twórczości weteranów rocka, ale nikt nikogo nie udaje, nie próbuje być na siłę kolejnym Plantem czy Pagem. Szczere granie – po prostu.




12. The Dumplings Raj


Raj to pierwsza płyta The Dumplings w pełni po polsku. Elektropopowy duet miał bardzo twardy orzech do zgryzienia, bo jednak to właśnie po poprzednim albumie, Sea You Later, usłyszało o nich najwięcej Polaków. Oczekiwania były ogromne. The Dumplings nie zawiedli. Raj to krążek o wiele mocniej ugruntowany na elektropopowych brzmieniach – alternatywy nie ma tu już po co szukać. Trzeba wspomnieć również, że Raj to bardzo przemyślany projekt – i w tym wygrywa z Sea You Later.




11. Shawn Mendes Shawn Mendes


Uwielbiam Shawna Mendesa – zarówno osobowościowo, jak i muzycznie. Jeśli miałabym wybrać jakiegoś młodego artystę, w którego najmocniej wierzyłam od wydania debiutanckiego krążka, to byłby to właśnie on. Po nieco szczeniackim Handwritten i bardzo komercyjnym Illuminate przyszedł czas na coś poważnego, bo album sygnowany imieniem i nazwiskiem Mendesa. Przyznam szczerze, że po ukazaniu się In My Blood byłam trochę rozczarownana – to jest znowu to samo, ale Lost In Japan, Where Were You In The Morning? i wreszcie najlepsze z płyty – Nervous – uspokoiły mnie i na krążek czekałam z niecierpliwością. Shawn Mendes szuka na nim nowszych brzmień i ten album nie trąci komerchą ani na moment (no może poza In My Blood) – przede wszystkim bardzo dużo tu funku, a duety z Julią Michaels i Khalidem stanowią ciekawe przełamanie.




10. Cécile McLorin Salvant The Window


Zdobywczyni Grammy za najlepszy wokalny album jazzowy w 2018 roku po raz kolejny wspina się na wyżyny swoich możliwości. Choć The Window nie przypadło mi do gustu aż tak, jak Dreams and Daggers, to nie można Salvant odmówić znakomitych umiejętności wokalnych i co ważne w jazzie – improwizacyjnych. Jej najnowszy krążek jest o wiele spokojniejszy i bardziej jednolity niż jej poprzednie produkcje. Może być dla niektórych przez to nudny, ale dla mnie jest przede wszystkim kojący i uspokajający. Cécile McLorin Salvant obserwuję już od dłuższego czasu, a The Window udowodniło mi tylko, że robię to zdecydowanie słusznie.




9. J. Cole KOD


J. Cole to kolejny artysta, po którego nowej produkcji nie spodziewałam się cudów, ale nie z powodu zwątpienia w jego możliwości, tylko ponieważ ma on już na koncie jeden album – 4 Your Eyez Only – jaki wydawał się być dla mnie idealnym magnum opus. Ale nie – KOD udało się przebić poprzednika z wielką klasą. O wiele więcej na tym krążku różnorodności. Serducho czuć od pierwszego do ostatniego kawałka, a tekstowego „mięcha” nie brakuje. J. Cole dotyka tu trudnych tematów społecznych, ale bierze je na bary szczerze i blisko. Jego wrażliwości brakowało mi trochę na DAMN. Kendricka, jednej z moich płyt 2017, ale z drugiej strony po 4 Your Eyez Only brakowało ostrzejszego przekazu Lamara, więc mogliby się tak zamieniać z wydawaniem płyt – raz jeden, raz drugi.





8. Kamasi WashingtonHeaven and Earth



Nie spodziewałam się, że Kamasi Washington zdoła pobić The Epic. Już tamten krążek był przecież wybitny. Na Heaven and Earth kompozytor wspina się jednak na kolejne wyżyny swoich możliwości i robi coś jeszcze lepszego niż te trzy lata temu. Zaczynając od bujającego i wpadającego w ucha, a na dodatek przemyślanego w każdym calu Fists of Fury, a kończąc na bardzo emocjonalnym Will You Sing?, Kamasi ani na moment nie traci swojego kompozytorskiego zacięcia. Jeśli nie siedzicie w jazzie, może to być dobra pozycja do zapoznania się z nowymi formami tego gatunku, bo ostatnio jest tam ciekawie.






7. Robyn – Honey



To był rok wielkich powrotów do brzmień lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Robyn ze swoim wyglądem niczym Marie Fredriksson czy Annie Lennox oraz rytmami urwanymi z końcówki XX wieku nie była więc jedyna. Artystka wróciła po czterech latach z krążkiem, który powinien zadowolić większość słuchaczy, bo piosenki na Honey różnią się zarówno przekazem, jak i charakterem czy emocjonalnością. To płyta, na jaką zdecydowanie było warto czekać. 





6. Esperanza Spalding – 12 Little Spells



Idoli ocenia się strasznie trudno i wiem to nie od dziś. Tym bardziej, że miałam okazję widzieć miesiąc temu Esperanzę na koncercie w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu i wywarła na mnie wtedy ogromne wrażenie. Z 12 Little Spells artystka wyskoczyła jednak dość niespodziewanie – najpierw transmitując na swoim fejsbukowym profilu teledyski do niektórych kompozycji, a potem ogłaszając premierę płyty i wreszcie szybko ją wydając. Ostatnim projektem Esperanzy było eksperymentalne Exposure, którego powstawanie również dało się przez siedemdziesiąt siedem godzin oglądać na jej profilu. Exposure nie było jednak niczym więcej niż tylko eksperymentem. Co innego poprzedni album Spalding, czyli Emily's D+Evolution, który szturmem wtargnął w moje serce i do dziś go nie puścił. Trudno porównać 12 Little Spells do Radio Music Society czy Chamber Music Society (bo do Esperanzy bym już w ogóle nie próbowała), bo jest to coś zupełnie świeżego w karierze artystki. Krążek skupia się przede wszystkim na pięknie cielesności i bycia człowiekiem. Spalding stara się tu przekazać z charakterystyczną dla siebie czułością wszystkie emocje towarzyszące doświadczaniu miłości, dotyku czy ciepła. Robi to znakomicie. Nie mam uwag.





5. Kali UchisIsolation



Debiutancki krążek Kali Uchis szturmem zdobył przemysł muzyczny. Na Isolation artystka zmierzyła się zresztą ze swoimi najcięższymi przeżyciami, których miała masę. Jak na zaledwie dwadzieścia cztery lata, słychać tutaj bardzo dużą spójność i świadomość. Tekstowo jest tutaj o wszystkim – o trudnym dzieciństwie, o seksualności, o mitach popkultury, o zepsuciu świata. Klipy promujące single (np. After The Storm czy Tyrant) to już w ogóle estetyczne cudeńka, które można podziwiać. Będę obserwować tę artystkę, bo zapowiada się niesamowicie.




4. Various Artists – A Star Is Born OST


Pisząc ten ranking zauważyłam, że ścieżka dźwiękowa do A Star Is Born lepiej pasuje do porównania ze zwykłymi albumami niż instrumentalnymi poematami do First Mana czy Isle of Dogs. To po prostu krążek wyprodukowany w ten sam sposób, jak każdy inny. Piosenki nie muszą pasować do fabuły tekstem. Jeśli Ally grana przez Lady Gagę ma śpiewać pop, to nawet w smutnej scenie śpiewa radiową, energiczną piosenkę. Jedynie I'll Never Love Again stanowi tu wyjątek. Oceniam więc tę płytę, jak gdybym oceniała soundtrack Queen do Flasha Gordona. W przypadku A Star Is Born to właśnie Lady Gaga była głównym mózgiem operacji: muzyka. Udało jej się we współpracy z m.in. Markiem Ronsonem czy Diane Warren stworzyć takie perełki, jak Shallow, I'll Never Love Again czy Why Did You Do That?. Projekt miał też kilku autorów siedzących na co dzień w muzyce country. I tak Jason Isbell napisał wzruszające Maybe It's Time, a Lukas Nelson, razem z Bradleyem Cooperem, cudowne, otwierające film Black Eyes, a także moje ukochane Alibi. Soundtrack zdecydowanie do zapamiętania i posłuchania – nawet jeśli nie wiecie o co chodzi w filmie.




3. ROSALÍA – El Mal Querer



Uwielbiam muzykę, która jest tak bardzo wpisana w kulturę jakiegoś kraju, ale równocześnie nie staje się folklorem, tylko nadaje nowy ton starym brzmieniom. ROSALÍA zrobiła to z flamenco. El Mal Querer to krążek przepełniony energią i przeróżnymi kombinacjami instrumentarium. Rozpoczynając od chyba najbardziej uwielbianego, mocnego MALAMENTE, a kończąc na spokojnym A NINGUN HOMBRE, hiszpańska wokalistka przedstawia nam całą gamę swoich spojrzeń na flamenco. Płyta, o której w Polsce było dość cicho, a którą zdecydowanie warto poznać.




2. U.S. Girls – In a Poem Unlimited


U.S. Girls to trwający od 10 lat samodzielny projekty amerykańskiej wokalistki i producentki, Meghan Remy. Pod tym pseudonimem wydała ona już 7 albumów. Żaden nie miał jednak aż takiego przebicia, jak In a Poem Unlimited. Od M.A.H. - hymnu przeciwko gloryfikacji prezydentury Baracka Obamy w aranżacji w klimatach disco po dość spokojniejszą, pochylającą się nad miejscem człowieka w świecie pełnym mediów, polityki i kłamstw, Rosebud – nowy krążek U.S. Girls to wreszcie skondensowanie wszystkiego, co artystka chciała do tej pory przekazać swoim projektem. Poza tym – czuć ten vibe Sandry Cretu.




1. Janelle Monáe - Dirty Computer



Album, który oczarował mnie w tym roku najbardziej. Zresztą Janelle Monáe już nie pierwszy raz pokazała mi, że bardzo dobrze rozumiemy się muzycznie. Bardzo dobrze słychać tu inspiracje Princem – nie tylko jego muzyką, ale w ogóle jego osobą. Zresztą artysta przyłożył jeszcze za życia rękę do najlepszego kawałka z Dirty Computer, czyli Make Me Feel. Tekstowo, Monáe mierzy się tutaj ze swoją kobiecością, seksualnością, marzeniami i słabościami. Trudno będzie jej przebić ten krążek, bo nie ma tu ani jednej fałszywej nuty, a poza solowymi cudeńkami są też tutaj świetne kolaboracje z Zoë Kravitz, Pharellem Williamsem, Brianem Wilsonem i Grimes.




A jakie nowości leciały u Was w 2018 roku?