To jest prawdziwy Freddie? Czy to tylko fantazja?  - "Bohemian Rhapsody" (2018)

To jest prawdziwy Freddie? Czy to tylko fantazja? - "Bohemian Rhapsody" (2018)



Biografie są już nudne. I nie chodzi o to, że same filmy są nudne. Nie – po prostu nudzi mnie oglądanie historii kolejnej osobowości w takiej samej formie, w jakiej widziałam opowieści o innych wyjątkowych jednostkach. “Bohemian Rhapsody” nie jest tutaj wyjątkiem. To produkcja tak odmierzona od linijki, że bardziej się nie dało. Jest to też jednak dość wyjątkowe zjawisko w świecie biopiców. I nie tylko ze względu na to, że udało się ten film wypuścić w takiej formie po tym, co się działo na planie...

W historię zespołu Queen, a tak naprawdę Freddiego Mercurego (i podkreślam to, bo w wywiadach wszyscy zarzekali się, że ten film jest o Queen) wchodzimy praktycznie w momencie przekształcania się zespołu Smile w Queen. Młody i ambitny bagażowy, Farrokh Bulsara, pochodzący z konserwatywnej rodziny zanzibarskich emigrantów, przychodzi na koncert kapeli Briana Maya, Rogera Taylora i Tima Staffela, po którym ten ostatni odchodzi i zostawia band nie tylko bez basisty, ale przede wszystkim bez wokalisty. Pozostawieni na lodzie May i Taylor po usłyszeniu próbki talentu Farrokha przyjmują go do zespołu (i to już jest bullshit, ale nie ma się co na nim skupiać, bo w perspektywie scen, które twórcy postanawiają nam przedstawić, nie ma to wielkiego znaczenia). Następnie do chłopaków dołącza basista, John Deacon, a nazwa zespołu zostaje zmieniona na Queen. “Bohemian Rhapsody” przedstawia drogę Freddiego Mercurego właśnie od tamtych momentów aż do legendarnego Live Aid w 1985 roku. Film w kwestii fabularnej można podzielić na zasadzie relacji głównego bohatera z różnymi bohaterami:

  1. Freddie&Queen
  2. Freddie&Mary Austin
  3. Freddie&Partner Freddiego (specjalnie nie zdradzam imienia, bo możecie się zaskoczyć, o kogo tu chodzi)


Relacja Freddiego z Mary Austin wyszła tak dobrze, że aż szkoda, że musiała się tu znaleźć (choć wciąż trudno nie odnieść wrażenia, że to kolejna opowieść o kobiecie, która cicho stoi przy zagubionym w swojej seksualności mężczyźnie).


Pierwsze, co wyda Wam się jasne po seansie, to fakt, że komuś bardzo zależało, żeby głównym punktem “Bohemian Rhapsody” był Live Aid. Przez to trzeba było wręcz sztucznie zmieniać chronologię wydarzeń, a nawet origin story niektórych postaci (bo origin powstania zespołu zmieniali chyba z innego powodu?!). I ok, niech ten Live Aid będzie już tym wielkim zakończeniem, ale mogłoby do niego coś chociaż prowadzić, żebyśmy naturalnie poczuli, że faktycznie był tak ważnym wydarzeniem, bo Live Aid naprawdę był jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Queen i w ogóle muzyki rozrywkowej. Osoby, które historii zespołu dobrze nie znają, mogą przejść z pewnymi chronologicznymi zmianami do porządku dziennego, ale fanom już raczej trudno będzie pogodzić się z tym, jak sztuczne okoliczności twórcy stwarzają, aby dzień Live Aid był czymś bardziej przełomowym niż samo założenie zespołu (w dzień Live Aid dzieje się w tym filmie więcej niż w "Modzie na Sukces"). A wcale nie trzeba było, bo to wciąż najlepiej nagrany czy też przemyślany element tego filmu, a także faktyczny punkt zapalny do rozpoczęcia kolejnego etapu w twórczości Queen. Problemem jest raczej to, co do niego prowadzi.


Komuś niesamowicie zależało, żeby głównym punktem "Bohemian Rhapsody" był Live Aid, bo niemalże cała fabuła jest dostosowana do tego, aby wydawało nam się, że odcisnął on na życiu członków zespołu (i nie tylko) większe piętno niż założenie Queen.



Bohemian Rhapsody” jest przede wszystkim ofiarą nudnej i mało charakternej pisaniny Anthony'ego McCurta i zbytniego zaangażowania się członków Queen,  z naciskiem na Briana Maya, w produkcję filmu. Wyszła z tego kolejna typowa biografia i kiedy relacje Freddiego z Mary Austin czy z członkami Queen są całkiem nieźle rozpisane (Freddie&Roger! Freddie&Brian! Ba! Relacja Briana Maya z Rogerem Taylorem to jeden z najzabawniejszych elementów “Bohemian Rhapsody”), nie licząc niektórych dialogów, które brzmią, jak Deklaracja Niepodległości albo są obrzydliwą ekspozycją (a moim faworytem jest już w ogóle dialog Freddiego i Mary Austin o orientacji seksualnej głównego bohatera), to ta z partnerem jest tak niewykorzystana i po prostu okropna. Trudno uwierzyć, żeby mógł mu ktokolwiek zaufać, a tym bardziej pokochać. Do tego jego rozmowy z Freddiem są tak pretekstowe i w ogóle nie dotykają spraw wyższych niż kariera muzyczna. 


Uwielbiam ten kadr, dlatego go tu umieszczam!

Co trzeba jednak podkreślić, “Bohemian Rhapsody” znalazło idealnych aktorów do portretowania nie tylko członków Queen, ale także do menedżerów itd. Rami Malek błyszczy jako Freddie i co ciekawe, inaczej niż, np. w przypadku Gary'ego Oldmana w “Darkest Hour”, aktor nie ginie pod toną manieryzmów odgrywanej postaci. Kiedy już ostatecznie nakreśla queerowy i ekstrawagancki charakter artysty, to wchodzi na wyżyny aktorstwa i interpretacji postaci. Tak naprawdę w jego oczach widać więcej niż ktokolwiek pragnie nam przekazać w dialogach. Gwilyn Lee już nie tylko świetnie wciela się w Briana Maya, ale jest do tego tak niesamowicie do niego podobny fizycznie i głosowo. To samo tyczy się Bena Hardy'ego (Roger Taylor), który w filmie chyba jako jedyna postać został w pełni wykorzystany i Josepha Mazzello (John Deacon). Bardzo dobrze wypada również Lucy Boyton w roli Mary Austin. Aktorka ma przede wszystkim rewelacyjną chemię z Ramim Malekiem (co też jest ciekawe, ponieważ jeszcze w trakcie zdjęć zaczęli oni być parą - wiecie, że ja lubię takie historie?). Występów aktorskich jest mi najbardziej szkoda, bo zdecydowanie zasługują na o wiele lepszą produkcję.


Bohemian Rhapsody” jest bardzo dobry pod względem technicznym. Wspomniany Live Aid czy w ogóle koncerty są świetnie nakręcone i oświetlone. Dla nich warto wybrać się do kina. Gwarantuję Wam, że na ostatniej scenie będziecie płakać. 


Tak wyrazisty i ważny w historii muzyki artysta z pewnością zasługuje na lepszy film.


Szkoda mi Freddiego z powodu tego filmu. Mam wrażenie, że to nie jest coś, z czym on, jako artysta, by się utożsamiał. Bohaterowie wielokrotnie podkreślają, że Queen ma wychodzić poza utarte schematy, tworzyć muzykę ponad jakimikolwiek podziałami. Tymczasem, “Bohemian Rhapsody” jest bardzo typową biografią. Do tego bardzo zachowawczo czy wręcz wstydliwie podchodzi do tematu biseksualizmu Freddiego. Właśnie w moim ulubionym dialogu Mary Austin po deklaracji Freddiego: “I'm bisexual” mówi mu, że to nieprawda, że on jest gejem. I tak - film nie wspomina o innych partnerkach głównego bohatera, których ten też trochę miał. Skupia się na jego seksualnych relacjach jedynie z mężczyznami, a na dodatek traktuje je jako powód do zagubienia się artysty w każdym aspekcie jego życia. Nie do końca rozumiem, jak można produkować tekst kultury o postaci w której spuściźnie orientacja miała ogromne znaczenie, tak bardzo się jej wstydząc. Tym bardziej, że Freddie Mercury jest dzisiaj ikoną i muzyki, i LGBTQ+ także ze względu na osobowość przełamującą pewne konwenanse. Jak świetnie byłoby, gdyby film o kimś tak niezwykłym przełamał znane nam dotąd schematy biopiców.


"Bohemian Rhapsody" miało do wykorzystania perfekcyjną obsadę, ale ktoś na pewne rzeczy nie pozwolił, komuś się pewnie też nie za bardzo chciało, więc dostaliśmy nudny biopic.


Takie filmy są niezwykle trudne do zrecenzowania. Świadomość, że tyle elementów wyszło w nich perfekcyjnie, ale są przykryte porażkami i do tego ich styl kompletnie nie koresponduje z postacią, o której opowiadają. 

Bardzo dobrze wpasowałby się tutaj mój wywód, o tym, jak niektórzy uważający “Bohemian Rhapsody” za utwór wszech czasów kompletnie nie umieją tego uzasadnić. Wtedy wchodzę ja, cała na biało, i pytam: “ale dlaczego?”. To zostaje zwykle zrozumiane jako niezgoda na stwierdzenie, że “Bohemian Rhapsody” jest nie tylko arcydziełem, ale także prawdopodobnie najważniejszym dziełem w dotychczasowej historii muzyki. A ja tak naprawdę sama uważam, że “Bohemian Rhapsody” jest nie tylko arcydziełem, ale także prawdopodobnie najważniejszym dziełem w dotychczasowej historii muzyki. Problem w tym, że zwykłe rzucanie haseł takiego typu czy też, jak w przypadku osób pracujących przy tym filmie: “FREDDIE MERCURY BYŁ NIESAMOWICIE CHARYZMATYCZNĄ I UTALENTOWANĄ OSOBOWOŚCIĄ, KTÓRA PRZEŁAMYWAŁA SCHEMATY I ODCISNĘŁA PIĘTNO, NIE TYLKO NA WSPÓŁCZESNEJ MUZYCE, ALE W OGÓLE NA SZTUCE”, nic nie zmieni. Te hasła trzeba poprzeć przykładami, stylem wypowiedzi, a także podkreśleniem, że owa postać czy piosenka nie istnieje w próżni i koresponduje z współczesną sobie, historyczną i aktualną sytuacją społeczną czy też kulturową. W “Bohemian Rhapsody” Freddie jest figurą, która owszem na zewnątrz jest wyjątkowa, ale w środku jest kolejną samotną i wykorzystaną gwiazdą. A tak nie musiało w ogóle być… Bo Mercury nie był kolejnym solowym artystą z trudnej, często też artystycznej, rodziny, jak Michael Jackson czy Whitney Houston. NIE. Freddie był wokalistą, który na scenie potrafił przyćmić cały niesamowicie zdolny zespół osobowości swoją osobowością, ale poza nią, nie zwracał aż takiej uwagi (polecam Wam w tym miejscu książkę Lesley-Ann Jones "Freddie Mercury - Biografia Legendy", która świetnie przedstawia to, jaki stosunek do swojego życia miał Freddie). Do tego pochodził z dość nietypowo nietypowej rodziny. Emigranckiej, konserwatywnej, bogatej, jak na Zanzibar w tamtych czasach - mało jednak chciał o swoim dzieciństwie kiedykolwiek mówić. Wiele osób zrobiło bardzo dużo, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o jego pochodzeniu, a wciąż istnieją sprawy jeszcze nie rozwiązane. Trzeba by było jednak odkryć tu więcej kart sprzed poznania Maya i Taylora, a także bardziej zagłębić się, gdzie tak naprawdę leżało jego bycie niezrozumianym, żeby uzyskać wielowarstwową postać.

I wtedy wyszedłby dobry, a może i nawet rewelacyjny film o Freddim Mercurym. Film, na jaki tak wielki artysta z pewnością zasłużył.

Nie martwcie się, jeśli bardzo chcieliście iść na “Bohemian Rhapsody” do kina. Idźcie! Pewnie dużej części z Was ten film się spodoba. Nie chcę wieszać na nim zbytnio psów, bo to wciąż cud, że po takich przejściach na planie wyszło dzieło naprawdę spójne stylistycznie, a do tego naprawdę zdatne i przyjemne do oglądania.


Problem w tym, że po wyjściu z kina zostajemy z niczym...
(i trochę szkoda, że od teraz takie arcydzieło, jak "Bohemian Rhapsody" dzieli tytuł z filmem Singera)

Złoto a skromnie - "Kler" (2018)

Złoto a skromnie - "Kler" (2018)




Wydawało mi się jeszcze niedawno, że zabieram się za recenzję “Kleru” tak długo, bo nie mam na to czasu. I tak – faktycznie nie mam czasu, ale w każdym innym przypadku usiadłabym chociaż na 20 minutek codziennie, żeby napisać kilka zdań i po 3-4 dniach miałabym już cały artykuł. Nowy film Smarzowskiego jest jednak trudniejszy do oceny niż zdawało mi się tuż po seansie. Sam stosunek do Kościoła, jaki mieliście przed filmem, nie zmieni się zbytnio po tym, kiedy go obejrzycie. No chyba, że żyjecie w jakimś odciętym od mediów i wiadomości świecie, w którym nie mogliście przeczytać o wielu przypadkach pedofilii czy o finansowych machlojkach czasem tam zachodzących.

Dlaczego zatem “Kler” jest tak trudny do zrecenzowania?

Nowy film Smarzowskiego opowiada historię trzech duchownych katolickich – księdza Kukuły, księdza Trybusa i księdza Lisowskiego. Kilka lat temu ich drogi połączyła katastrofa, z której cudem wszyscy uszli z życiem. W każdą rocznicę tego zdarzenia spotykają się oni, aby uczcić swoje ocalenie. Kiedy każdy z nich wraca do swojej parafii, zderza się jednak ze skrzywionym obrazem kapłaństwa, niezadowoleniem z życia i przede wszystkim – samotnością. Lisowski pracuje w kurii, ale marzy mu się Watykan. Na jego drodze wciąż staje jednak arcybiskup Mordowicz. Trybus jest księdzem w biednej, wiejskiej parafii i żyje w związku z kobietą. Kukuła, choć bardzo zaufany i dotąd żyjący w niezwykłej zgodzie ze swoimi parafianami, zostaje oskarżony o pedofilię.


Zwiastun zwiastował najgorsze (choć nie ukrywam, jego montaż bardzo mi się podobał), ale aż tak nie jest.

Jak pewnie słyszeliście już wiele razy, “Kler” to film zupełnie inny niż jego zwiastun. Z lekkiej satyry w rytmie “Hej sokoły” pozostało dzieło mocne i przygnębiające. Choć produkcja Smarzowskiego nie odkryje przed Wami żadnych kart, o których już byście nie wiedzieli. Reżyser zebrał w niej wszystkie historie, jakimi kiedykolwiek żyły reportaże – pedofilia w Kościele i skrzętne ukrywanie poszczególnych jej przypadków, finansowe machlojki czy używanie swojej pozycji w niekoniecznie dobrych celach – a następnie stworzył z nich poszatkowany zbiór tragedii dotykających tego rodzaju ludzkich jednostek.

Poszatkowany, bo film jest zmontowany, szczególnie w pierwszej części, niczym teledysk. To sprawia, że “Kler” ogląda się na początku bardzo ciężko. Trudno przyzwyczaić się do któregokolwiek z bohaterów, a do tego łączenie wątków wychodzi Smarzowskiemu dość kulawo. Prowadzi to do zastanawiania się czy ten cały miszmasz do czegokolwiek prowadzi. Później jednak reżyser postanawia wprowadzić historię na właściwe tory i wychodzi mu to świetnie. “Kler” od połowy jest produkcją nie tylko spójną i ciekawą, ale także trzymającą w napięciu.


W "Klerze" brakuje subtelności, która uczyniłaby tę historię uniwersalną.

To wszystko prowadzi do ostatniej sceny, która trwając zaledwie 3-5 minut sprawia więcej problemów niż cały film. Odzwierciedla zresztą duży problem, z jakim Smarzowski się tu mierzy – czy iść w realizm, czy w metatekstualną opowieść, czy może w idealizację lub patologizację świata. W “Klerze” jest po prostu wszystko i nie wiadomo, w co wierzyć. Do tego sprawia to, że historia przestaje być tak uniwersalna i głęboka, bo reżyser wpycha swoich bohaterów w siedliska pełne patologii, alkoholu i brudnych pieniędzy. Tak bardzo pragnęłabym zobaczyć film, w którym Smarzowski nie gubi się aż tak bardzo.

Mimo pewnych wad, “Kler” to produkcja, którą absolutnie polecam zobaczyć, wręcz uważam, że TRZEBA to zrobić. Głównie dlatego, że ten film nie jest zwykłym tytułem, jaki zaraz zniknie z afisza, ale czymś, o czym będzie się jeszcze przez długi czas rozmawiało przy rodzinnych stołach, w autobusach czy na ulicy. Warto więc wyrobić sobie własne zdanie, żeby jak niektórzy ludzie nie upośledzać dyskursu, powtarzając cudze opinie.

Zawsze się jest trochę w bagnie - "Rojst" (2018)

Zawsze się jest trochę w bagnie - "Rojst" (2018)






Uwielbiam ten tradycyjny szok, kiedy wychodzi jakiś polski serial i nie dość, że wygląda dobrze, to zbiera jeszcze świetne recenzje. Tak było z „Belfrem”, z „Watahą”, z „Ultrafioletem”, z „Krukiem”, a ostatnio także z „Rojstem” - najnowszą oryginalną produkcją Showmaxa – reżyserowaną przez Jana Holoubka. Szeroko nagradzana obsada z Andrzejem Sewerynem, który wciąż jeszcze nie wyszedł w głowach widzów z roli Zdzisława Beksińskiego, na czele i Dawidem Ogrodnikiem, nie dość, że wciąż odgrywającym jakieś ikoniczne role, to jeszcze robiącym to nad wyraz dobrze. Na drugim planie Magdalena Walach, Zofia Wichłacz, Ireneusz Czop, Zdzisław Wardejn, Agnieszka Żulewska, Wojciech Machnicki, a do tego Piotr Fronczewski jako najśmieszniej tragiczna postać w historii polskiego serialu. Jedno, czego można było być pewnym przy zaczynaniu tego serialu, to znakomita gra aktorska. Pytanie tylko, czy oprócz tego, dostaliśmy coś więcej?


Już przed premierą „Rojstu” można było usłyszeć takie hasło, jak „polskie „Twin Peaks”. Oczywiście serial Holoubka nie dorasta nawet opus magnum Lyncha do pięt, ale stara się zawrzeć w sobie wszystkie elementy składowe, jakie legendarna historia o zabójstwie Laury Palmer miała. Zaczynamy więc od momentu morderstwa miejscowego komunistycznego działacza (i skupcie się przede wszystkim na słowie „miejscowy”) i prostytutki. Jako że, mamy lata 80., wszędzie jest pusto, biednie, szaro i ponuro. W również miejscowej gazecie o owym zdarzeniu ma napisać Witold Wanycz – doświadczony w pracy i przez życie, zgorzkniały dziennikarz. Od razu do pracy dołączyć chce się syn wysoko postawionego działacza komunistycznego – Piotr Zarzycki. Z powodu sprzeciwów pracodawcy, ciężarnej żony, Wanycza oraz ojca zaczyna on prowadzić śledztwo na własną rękę.



Wszystko, co możemy zobaczyć w "Rojście", widzieliśmy już wcześniej. Serial zbiera wszelkie motywy typowe dla seriali kryminalnych polskich czy amerykańskich i próbuje z nich ułożyć coś sensownego. Jest starszy dziennikarz po przejściach, młodszy, któremu nie chcą dać tematu. Jest śmierć nastolatków, ważnego działacza. Łatwo więc przewidzieć, co się stanie na końcu,



Od razu rzucają się w oczy typowe dla takich seriali tropy: młody dziennikarz, niepracująca żona, 'father figure' i mentor w postaci starszego kolegi z pracy. Niestety, to powoduje, że „Rojst” tak naprawdę nie zaskakuje zbytnio niczym. Mógłby to zrobić zakończeniem, ale je zniszczono tak dogłębnie, że nie mam ani jednego słowa na obronę ostatniego odcinka. Choć sam podział na epizody (serialu, który miał być pierwotnie filmem) wypadł świetnie, to uważam, że pięć odcinków nie jest wystarczającą liczbą na poznanie bohaterów. Tym bardziej, że wiele wątków nie dokończono – postacie postawiono w rozkroku i po prostu o nich zapomniano. Najlepiej to widać przy bohaterce Agnieszki Żulewskiej – pojawiającej się i znikającej, kiedy tylko zajdzie potrzeba, żeby o czymś powiedziała lub zmotywowała Wanycza czy Zarzyckiego do podjęcia konkretnych działań. W samym środku serialu zostało także pokazane, że jedna z ważniejszych postaci może być lesbijką – i ten fakt zmieniałby wiele w jej character arcu, ale już po chwili twórcy totalnie zapominają o tym, co nam niedawno pokazali i nie mają ochoty tego ani skomentować, ani zakończyć jakąś ładną puentą. Ledwo zdążymy mrugnąć okiem, a „Rojst” już się kończy. 


 
"Rojst", pomimo znakomitego aktorstwa i wykonania technicznego, cierpi na problem wielu krótkich seriali - na brak wyraźnej puenty.

Dobrze, mimo wszystko, rozbudowano w serialu wątek Witolda Wanycza. I tak – dziur jest tam dość dużo, ale wokół tego bohatera zgromadzono tak wiele ciekawych bohaterów z ciekawą historią. Każdy z nich do tego był powiązany z postacią zgorzkniałego dziennikarza. Oczywiście mam pewne uwagi do tego, jak bardzo zignorowano w ostateczności tajemnicę Elsy Koepke, która przecież na początku miała napędzać całą fabułę. (JUŻ WYJAŚNIAM: Kiedy „Rojst” miał być jeszcze filmem pełnometrażowym, nosił także inną nazwę - „Co widziała Elsa Koepke?”), ale to wciąż jedyna kreacja, wokół której można by zbudować cały serial.


Aktorstwo jest, jak już pisałam na początku, niesamowite. Andrzej Seweryn znów przechodzi samego siebie w roli Witolda Wanycza, a Dawid Ogrodnik pokazuje swoje kolejne oblicze jako Piotr Zarzycki. Zofia Wichłacz, choć występuje w każdym odcinku, ma strasznie dziwnie napisaną postać – z jednej strony ważną w kontekście historii jednego z bohaterów, jak i również bardzo ciekawą i niejednoznaczną samą w sobie, ale z drugiej twórcy wciąż dają nam o niej nowe informacje, a następnie gwałtownie spuszczają bohaterkę z oka i zapominają na jakiś czas o jej osobistej historii, zmieniając ją w typową Mary Sue funkcjonującą jedynie w odniesieniu do Zarzyckiego. Jak zwykle, zapomina się o Magdalenie Walach, która swoim występem pokazała, jakiej klasy jest aktorką (a jest to, moim zdaniem, wysoka klasa). Fronczewski gra jak Fronczewski. Kierownik hotelu to jest po prostu bardzo jego postać. Rusza się jak Franek Kimono, mówi jak Szpicbródka, uśmiecha się jak Jacek Kwiatkowski. Gdzieś w tym bohaterze można jeszcze znaleźć Pana Kleksa i Cześka Wiśniaka. Nie jest to rola wyróżniająca się w jego filmografii, ale mimo wszystko – Fronczewski to Fronczewski. On może nic nie mówić, a i tak gra. I to gra dobrze. Z Agnieszką Żulewską jest podobnie jak z Zofią Wichłacz. Obie panie uwielbiam i potraktowania obu strasznie mi szkoda.



Fronczewski mógłby zagrać nawet drzewo, a i tak oglądałabym z przyjemnością.


Jeśli czymś bronić „Rojst”, to zdecydowanie kwestiami technicznymi. Pod ich względem serialowi nie można nic zarzucić. Wszystko jest odpowiednio oświetlone i nagrane z finezją. Podobnie jest z muzyką. Zobaczcie zresztą samą czołówkę, która świetnie buduje klimat, jaki „Rojst” nie tyle ma, ale na pewno chce mieć. Czasami Holoubek szarżuje ze stylizacją ujęć i wypadają one trochę „snyderowsko”, jednak większość jest odpowiednio wysmakowana i dograna w punkt. I za to chwała!


Podsumowując, „Rojst” to produkcja, z którą naprawdę warto się zapoznać. Ostatni odcinek pozostawił mnie mocno rozczarowaną, ale dużo pozytywnych wrażeń można, mimo wszystko, z serialu Jana Holoubka wynieść. (Nie chcę w tej recenzji ostatniego epizodu zbytnio komentować, bo był lekko mówiąc, zły i zmarnowany, a chciałabym Was choć trochę zachęcić do obejrzenia „Rojstu”.) Zagrany jest znakomicie, nagrany również, ale i niestety, zmarnowany. Bo potencjału było nawet, niech Wam będzie, na tę „polską wersję „Twin Peaks””, a dostaliśmy jakąś niedorobioną „polską wersję „Ostrych przedmiotów””.
Biegnij, siostro, biegnij! - "Zakonnica" (2018)

Biegnij, siostro, biegnij! - "Zakonnica" (2018)



Musicie wiedzieć, że uniwersum „Conjuring” ma w moim sercu specjalne miejsce. Choć są to horrory przepełnione tanimi jumpescare'ami (które są już dla nich wręcz ikoniczne), nie można im jednak odmówić dobrze napisanych bohaterów czy naprawdę spójnej historii, dla której podstawę stanowią niezła „Obecność” i moja ulubiona „Obecność 2”, a gałęzie beznadziejna „Annabelle” i dobra „Annabelle: Narodziny zła” oraz właśnie „Zakonnica”. Pierwsze dwa spin-offy skupiają się na lalce z pierwszej części, a najnowsza odsłona serii na Demonicznej Zakonnicy z drugiej. Na ten film czekałam więc bardziej niż na poprzednie próby skupienia uwagi widzów na postaciach innych niż Lorreaine i Ed Warrenowie. Czy wyszedł?


The Nun” przedstawia historię młodziutkiej nowicjuszki i księdza, którzy zostają wysłani do Rumunii przez Watykan, aby zbadać sprawę samobójstwa jednej z zakonnic z tajemniczego górskiego opactwa. Już w samej fabule uwagę zwraca fakt, że wbrew pozorom nie będziemy się skupiać na historii demona, ale znów na opętaniu, tylko po prostu wcześniejszym niż to przedstawione w drugiej „Obecności”. Samo to jest już rozczarowujące, bo przecież od takiego błędu zależała, m.in. porażka „Annabelle”. Zamiast opowiadać to, co wszystkich ciekawi, zróbmy pierwszą część o wcześniejszym opętaniu, a przy sequelu zajmiemy się dopiero dużymi rzeczami”. Właśnie tak pomyślał pewnie ktoś w Warner Bros, kto wpadł na pomysł, aby w „Zakonnicy” ukazać kolejny kompletnie nieważny i nieinteresujący zakątek uniwersum „Conjuring”.

Wymienianie problemów "The Nun" powinno się zacząć już od samej decyzji zrobienia filmu o tym, czego nie chcieliśmy się aż tak dowiedzieć.

Starano się oczywiście zrobić, co tylko się da, aby uczynić bohaterów znaczącymi w perspektywie szerokiej linii fabularnej „Obecności”, ale niestety, te wszystkie starania poszły na marne. Choć siostra Irene grana przez Taissę Farmigę została zaplanowana jako centralna postać tego filmu, to jednak nawet jej aktorskie umiejętności nie dają rady przebić się przez festiwal schematów, łopatologii, który odbywa się w „Zakonnicy”. Ciekawym, ale w jednak niekoniecznie pozytywny sposób, bohaterem jest za to ojciec Burke. Pierwszym, co zwróciło w nim moją uwagę, był sposób, w jaki jest grany. Nie czuć tutaj niczego z dramatycznej szkoły aktorskiej, a więcej jest tu raczej z groteskowych postaci Monty Pythona. W ogóle Cody Hardin – reżyser „The Nun” – ma straszny problem z określeniem, czym jego film ma być. W połowie przedstawia nam bohaterów, którzy nie unikają jawnej szydery, a następnie przechodzi w niby tragiczne wydarzenia, ale wciąż niepodparte odpowiednią dawką informacji o protagonistach – dawką, która mogłaby nadrobić wszelkie scenariuszowe braki i niedociągnięcia.

W "Zakonnicy" dostajemy kilkoro bohaterów, którzy mają być dla nas ważni, ale są tak beznadziejnie napisani, że trudno nam w jakiegokolwiek uwierzyć. Do tego film jest pełen wielkich dziur fabularnych. Pani na zdjęciu jest bohaterką jednej z największych.


Jeżeli mowa o brakach i niedociągnięciach, to w „Zakonnicy” jest ich całe mnóstwo. Tropy prowadzą donikąd i aż kuje w oczy świadomość, jak bardzo twórcy musieli się głowić, aby fabuła doprowadziła do wziętego z jednego z poprzednich filmów epilogu. Bohaterowie giną więc, aby za chwilę ożyć. Wizje mają wizje. Moi drodzy czytelnicy – jeśli wizje mają wizje, to jest to znak, że z dziełem jest bardzo, ale to bardzo źle. W „The Nun” takich przypadków jest już za dużo i końcówkę, która jest zbiorem głupotek widzianych w typowo campowych horrorach, trudno brać w tym momencie na poważnie.


Na podkreślenie zasługuje również fakt, że „Zakonnica” to film bez jakiejkolwiek formy. Nie ma tu początku, nie ma tu środka, więc końca oczywiście też nie ma. Nie chodzi jedynie o to, że nie są one wyraźnie oddzielone, ale nawet nie potraktowano ich pomysłowo ani z sercem. Podobny problem gryzł pierwszą „Annabelle”. (Z tymże, na co również chciałabym zwrócić uwagę, najnowszą produkcję z uniwersum „Conjuring” ogląda się o wiele przyjemniej niż bajeczka no. 1 o nawiedzonej lalce.) Właściwie te dwie produkcje łączy wiele wad. Obie są niepotrzebne niczym film o Slender Manie – i od tego można by zacząć. Jak wspominałam już na początku, zupełnie nie rozumiem ugryzienia tematu Demonicznej Zakonnicy od tej strony. Ze względu na to, że „The Nun” zarabia olbrzymie pieniądze, zdecydowanie możemy wpisywać już w terminarze sequel. I tam pewnie zobaczymy origin story tajemniczego demona.

Z ekranu wylewa się wręcz wiadomość o treści: "SPOKOJNIE. BĘDZIE SEQUEL. CZEKAJCIE NA WIĘCEJ. TWÓRCY". Chociaż o to jestem spokojna, bo tę serię bardzo szanuję za dobre funkcjonowanie jako uniwersum.

Poza marnej jakości kwestiami fabularnymi, trzeba wspomnieć też o niezłej muzyce Abla Korzeniowskiego – choć zdecydowanie jest to soundtrack z kategorii tych, które każą nam czuć konkretne emocje i zwracają uwagę. Odpowiedni klimat udało się zbudować za pomocą zdjęć, ale i tu, niestety, nie ma mowy o jakiejkolwiek spójności estetycznej i film raz jest nagrywany na mastershocie, a w tym samym momencie mamy przebitki na ujęcie z pierwszej osoby. To właściwie utrudnia odbiór już męczącej produkcji, ale wciąż kwestie technicznej pozostają tymi najlepszymi.


Zdecydowanie nie polecam Wam „Zakonnicy”. Nawet jeśli jesteście fanami serii, to lepiej poczekajcie już aż film pojawi się na Blu Rayu czy DVD albo na streamingu, bo nie ma sensu jechać na niego do kina. Miłośnicy horrorów nie zostaną ani razu przestraszeni, a ci, którzy chcieli swoją przygodę z „Conjuring” zacząć od tej części, zostaną wynudzeni już na samym starcie.



Nieostry obraz małej Ameryki  -  "Ostre przedmioty" (2018)

Nieostry obraz małej Ameryki - "Ostre przedmioty" (2018)




Nie pierwszy raz ktoś bierze się za ekranizowanie książki Gillian Flynn. Mieliśmy już okazję zobaczyć całkiem niezły "Mroczny zakątek" z Charlize Theron i rewelacyjną "Gone Girl" Davida Finchera. Tym razem Marti Noxon i Jean-Marc Vallée wzięli na warsztat debiutancką powieść Flynn, czyli "Ostre przedmioty". Miałam akurat wątpliwą przyjemność przeczytania owej książki i choć tragedii nie ma, to jest to dość topornie napisana pozycja, ale z ciekawym konceptem. Wiadomość o serialu zatem bardzo mnie ucieszyła, ponieważ wraz z nią pojawiła się przecież szansa na wykorzystanie tych samych pomysłów w lepszy sposób. Tym bardziej, że "Sharp Objects" idealnie nadawało się na cotygodniową serię HBO, której każdy odcinek musi się przecież zakończyć albo emocjonalnie, albo wielkim cliffhangerem. Następnie informacja o tym, że reżyserią zajmie się znany ze stworzenia genialnych "Wielkich kłamstewek" Jean-Marc Vallée, a rolę główną zagra Amy Adams (do tego Sophia Lillis w młodszym wydaniu, do grania której starszej wersji w "It: Chapter 2" była typowana właśnie Adams). To nie mogło się nie udać!

Ale czy na pewno?


Wydawać by się mogło, że "Ostre przedmioty" mają wszystko, co powinien mieć dobry serial.
Wszystko, oprócz scenariusza.






Ostre przedmioty” opowiadają historię Camille Preaker, dziennikarki, która wraca do swojego rodzinnego miasteczka, Wind Gap, aby przygotować artykuł na temat tajemniczych morderstw dwóch dziewczynek. Camille przejawia jednak autodestrukcyjne skłonności, a do tego ma za sobą pobyt w szpitalu psychiatrycznym oraz ciężkie dzieciństwo i po kilkunastu latach od swojej nagłej ucieczki z Wind Gap musi stawić czoła duchom przeszłości, które odbijają się właśnie w historiach zamordowanych ofiar. Trzeba dodać w tym miejscu, że Wind Gap to miasteczko z kategorii tych, które von Trier pokazał w „Dogville” - pod płaszczykiem purytańskiego podejścia do życia w amerykańskiej idylli kryje się hipokryzja i zepsucie, co samo nie pozwala odejść od podejrzeń, że każdy, kogo poznajemy może być winny tragedii.



Wind Gap, w którym rozgrywa się akcja serialu, to miejscowość z najgorszych koszmarów każdego normalnego człowieka. Ileż myśmy już takich widzieli w dziełach kultury?
Dużo. Wind Gap ma jednak coś, czego nie mają inne takie miasteczka. 

Ma Amy Adams, która po nim jeździ albo chodzi.
Raz to ma jakiś cel, a raz nie.


Tak, jak już pisałam na początku, „Ostre przedmioty” zawsze wydawały mi się lepszym materiałem na serial niż na film. Wiele wątków lepiej wybrzmiewa, kiedy dawkuje się je właśnie stopniowo, a same postacie w papierowym pierwowzorze (i w sumie w ekranizacji też) są zbiorem tylu schematów, czasami prezentowanych z wręcz komiksową sztucznością, że w przypadku długiego metrażu wyszłaby z tego bardziej parodia niż ciężki dramat dotykający wpływu dzieciństwa na całe życie. Niestety, nawet serialowi nie udaje się od tego uciec. Matka głównej bohaterki, bardzo dobrze grana przez Patricię Clarkson, jawi się tu niczym kreskówkowy czarny charakter i aż trudno uwierzyć, żeby była w ogóle człowiekiem. Podobnie jest z siostrą Camille, Ammą (w tej roli świetna Eliza Scanlen), która zmienia się w drugim odcinku o sto osiemdziesiąt stopni bez żadnego większego wyjaśnienia i zostaje taka do przedostatniego odcinka, po którym znów wraca do poprzedniej śpiewki. Najbardziej problematyczną postacią jest tutaj jednak detektyw Richard Willis, który jest równocześnie jakąś tam mało charyzmatyczną i papierową wersją agenta Coopera, ale i również 'love interest' głównej bohaterki. Nasz detektyw miał być ważny pewnie w pierwszej wersji scenariusza, ale potem coś się zmieniło i twórcy stwierdzili, że przecież niczym złym nie będzie odsunięcie go na dalszy plan bez większego wyjaśnienia czy powodu. Przeczuwam, że w tym wypadku wina leży po stronie Vallée, który nie miał konkretnego pomysłu, w którym momencie zmieniać swoje bohaterki, aby historia jednak do jakichś charakterologicznych przemian prowadziła. Choć w „Big Little Lies” udało mu się dawkować to po mistrzowsku, to tutaj, pomimo świetnych aktorów, wychodzi to raczej słabo.

Przeczuwam, że w tym wypadku wina leży po stronie Vallée, który nie miał konkretnego pomysłu, w którym momencie zmieniać swoje bohaterki, aby historia jednak do jakichś charakterologicznych przemian prowadziła. Choć w „Big Little Lies” udało mu się dawkować to po mistrzowsku, to tutaj, pomimo świetnych aktorów, wychodzi to raczej słabo.


Bohaterowie w "Ostrych przedmiotach" są tak komiksowi, jak nawet nie napisałby ich Stan Lee. Tu, na przykład, na zdjęciu widzimy Amy Adams w roli Camille Preaker i detektywa, który jest jej 'love interest' i przez połowę serialu jest super hiper ważną postacią, a na koniec nikt nam nawet nie wyjaśnia, co się z nim w tym momencie dzieje.


Kolejnym problemem „Ostrych przedmiotów” jest, niestety, główna bohaterka. Smutno, bo w tym samym czasie Showtime (a w Polsce HBO GO) emitowało również „Patrick Melrose”, który opierał się na podobnym problemie bohatera po przejściach tak samo ciężkich, jak te Camille Preaker i nie wpadł jednak w typowe dla postaci z trudną przeszłością klisze, czym protagonistka „Sharp Objects” ma naprawdę wielki problem. Zacząć należy od tego, że jest to bohaterka, jakiej nawet jeśli w niektórych momentach nie udaje nam się lubić, to jednak wciąż staramy się zrozumieć, co czyni i czym to jest umotywowane. Zresztą liczba retrospekcji jest tak wielka, że wciąż przypomina nam o trudnych przejściach Camille, w niektórych momentach wygląda to, jakby serial czuł, że musi przypomnieć o tym, do jakiego wydarzenia z przeszłości odnosi się to aktualne. I ja nie mam żadnego problemu z obecnością retrospekcji w serialu czy filmie. Problem z tym, że przez kreskówkowy styl pisania postaci ma się wrażenie, że twórcy używają ich do urealnienia bohaterów.


W kwestii przedstawienia pewnych rozwiązań fabularnych muszę wpierw zaznaczyć jeszcze raz, że jestem osobą, która przed obejrzeniem serialu miała już za sobą przeczytanie powieści Gillian Flynn, więc samo rozwiązanie zagadki morderstwa nie ekscytowało mnie tak, jak sposób, w jaki Vallée zdecyduje się nam je przedstawić. Okazało się to ciekawsze niż przewidywałam, choć nie wiem, czy zważywszy na to, że tragedia miała wpływ na wydarzenia w całym serialu, ta droga nie ukazała w pełni ciężaru tych scen. Być może mój odbiór byłby inny, gdybym zakończenia jednak nie znała, bo jest w tym wciąż dużo zaskoczenia, kiedy Vallée atakuje nas serią drastycznych scen w momencie, w którym w ogóle się tego nie spodziewamy, ale wciąż podchodzę do tego, choć z wielkim podziwem za tak nowatorską metodę, to jednak także z lekką wątpliwością, czy aby na pewno to był dobry materiał na jej wykorzystanie.


"Ostre przedmioty" na pewno zasługują na uwagę - ze względu na bardzo dobre aktorstwo czy wykonanie techniczne (muzyka! zdjęcia! można się nad nimi rozpłynąć!), ale kiedy zastanowimy się, co innego możemy obejrzeć podczas tych ośmiu godzin serialu HBO, znajdziemy co najmniej 5 o wiele lepszych
i najnowszych telewizyjnych pozycji z górnej półki.




Jeśli ktoś zapytałby mnie, czy warto obejrzeć „Ostre przedmioty”, to odpowiedziałabym, że jak nie masz nic innego do roboty, to oglądaj, ale w przypadku, kiedy nie widzieliście jeszcze, np. „Patrick Melrose” czy „Wielkich kłamstewek”, to polecam się zapoznać raczej z którąś z tych pozycji niż ruszać „Sharp Objects”, ponieważ pomimo rewelacyjnego wykonania technicznego i całkiem dobrego aktorstwa, te dwa seriale wykorzystują dobrodziejstwa pierwowzorów o wiele lepiej niż najnowszy hit HBO (choć trzeba też przyznać, że „Big Little Lies” Liane Moriarty i „Patrick Melrose” Edwarda St Aubyna to także rewelacyjne powieści, czego o debiucie Gillian Flynn napisać, niestety, nie mogę). „Ostre przedmioty” są dla mnie dość dużym rozczarowaniem, bo serial zapowiadał się fantastycznie po wszystkich trailerach, zdjęciach oraz ogłoszeniach obsady. Mam nadzieję jednak, że stacja zdecyduje się na jego kontynuację, bo być może, kiedy twórcy nie będą się już musieli kurczowo trzymać wydarzeń ze średniej książki, to uda im się wykrzesać ze swoich postać choć trochę prawdy i człowieczeństwa.


Siła jest kobietą, czyli "Wonder Woman" (2017)

Siła jest kobietą, czyli "Wonder Woman" (2017)


Reżyseria: Patty Jenkins
Scenariusz: Allan Heinberg
Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Connie Nielsen, Robin Wright, Danny Huston, David Thewlis, Said Taghmoui, Ewen Bremner i inni...
Zdjęcia: Matthew Jensen
Muzyka: Rupert Gregson-Williams
Rok: 2017


    Kocham nieudane filmy DC. Żadne komedie nie działają na mnie tak, jak one. "Man Of Steel" to głupia i absolutnie niedorzeczna produkcja, przedstawiająca Supermana w tak okropny i mało szanujący sposób. "Batman v Superman: Dawn of Justice" to film pozbawiony jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego - to po prostu zlepek kilkudziesięciu luźno powiązanych ze sobą scen, a o "Suicide Squad" wolę już lepiej nic nie pisać. W "BvS" po raz pierwszy w filmowym uniwersum DC pojawiła się Diana Prince, czyli Wonder Woman i po tym występie stała się nadzieją tego komiksowego światka - tą, która może ocalić nadchodzące "Justice League". Kilka miesięcy przed wspólną produkcją superbohaterów DC możemy obejrzeć solową, właśnie Wonder Woman.

Wonder Woman otrzymała świetne 'origin story' - najlepsze, jak na ten moment w uniwersum DC. Dzięki temu, czujemy się do bohaterki wystarczająco przywiązani, aby wiązać jakieś emocje z dalszymi wydarzeniami.

       Diana Prince (Gal Gadot) to księżniczka amazońska, córka Królowej Amazonek, Hippolity (Connie Nielsen). Jest ona waleczną dziewczyną o dobrym sercu i perfekcyjnie wyszkoloną wojowniczką. Wskutek przypadkowego przybycia do pilnie strzeżonej Themiscyry brytyjskiego żołnierza, Steve'a Trevora (Chris Pine), Diana wyrusza poza ojczyznę do świata zniszczonego przez I wojnę światową, aby odszukać odwiecznego dobra. 

"Wonder Woman" to film, który jest jakiś - w przeciwieństwie do poprzednich filmów DC. Można o nim powiedzieć, że ma początek, środek i koniec, niezłych bohaterów ze świetną tytułową bohaterką na czele i jest dobrze nakręcony.

     W "Wonder Woman" czuć reżyserską, babską rękę i ogromne serducho - poszanowanie dla komiksowego pierwowzoru. Co mnie bardzo cieszy, film nie jest wcale rażącym, feministycznym manifestem, ale opowieścią o kobiecie z krwi i kości, która potrafi pokazać że ma w sobie, zarówno delikatną i kobiecą stronę, Dianę Prince, oraz waleczną i odważną wojowniczkę, Wonder Woman. Patty Jenkins i Allan Heinberg dopisali jej nawet dobry 'background' w postaci całej historii na Themiscyrze, co wzmocniło rys całej postaci. Scenariuszowo jest więc dość dobrze, a doczepić można się bardziej do samych realiów historii, które nie zawsze wypadają w zestawieniu z estetyką postaci smacznie.

Diana Prince biegająca w kusym kostiumie wśród stosów ofiar I wojny, czy to może wyglądać dobrze?!
      No właśnie. Twórcy filmu postanowili akcję filmu umieścić w czasie I wojny światowej. Jest ona wątkiem historycznym, właściwie mało używanym w popkulturze. Zwykle w amerykańskich mainstreamowych produkcjach widzimy II wojnę światową. Działo się to np. w marvelowskim "Kapitanie Ameryce: Pierwszym starciu", który również pełnił rolę 'origin story'. W filmie Marvela oglądało się to o wiele łatwiej. Tym bardziej, że wrogiem bohatera, tak naprawdę był ktoś, kto zupełnie nie mógł mieć związku z żadnymi historycznymi faktami. DC postanowiło umieścić Wonder Woman w tym cięższym do jednoznacznej interpretacji czasie i wyszło to, niestety, z niemałym zgrzytem. Diana została wsadzona przecież w środek wojny pomiędzy tak naprawdę nic nieznaczącymi dla niej krajami (Anglia i Niemcy). Choć chciałaby bardzo wszystkich ocalić, to okazuje się to niemożliwym, zatem w końcu musi wybrać, kogo chce bronić i w czyim imieniu walczyć. Jako, że przywlekli ją tam Brytyjczycy, to po ich stronie decyduje się walczyć Prince, po czym wkłada swój kostium i wbiega w środek walki i czyni to, co reszta żołnierzy. M. in. to właśnie to sprawiło, że "Wonder Woman" ogląda się troszkę z podejściem 50/50. Od pewnego momentu nie można się wczuć dostatecznie w ekranową sytuację... bo nawet nie ma na to ochoty.


         Aktorsko "Wonder Woman" wypada nawet dobrze. Gal Gadot została, moim zdaniem, wybrana do roli superbohaterki idealnie. Jest dość charyzmatyczna, pasuje fizycznie, a oprócz tego jest bardzo urocza, więc naprawdę łatwo zapałać do niej sympatią. Nawet przy mojej antypatii do Chrisa Pine'a, jego występ podobał mi się. Uważam, że to chyba najlepsza rola w jego karierze. Nie ma co mówić o reszcie charakterów, bo są one po prostu komiksowymi, przerysowanymi do bólu marionetkami, które jak to w filmach o superbohaterach muszą po prostu odegrać swoje schematyczne kwestie, a na koniec zejść ze sceny, niepokonanym. Szkoda, że słabo wypadły występy 'villanów' produkcji. Choć nie razi to już dzisiaj w oczy, bo poza Lokim i Jokerem (któremu należycie w filmach udało się przetrwać dotąd jedynie w "Mrocznym Rycerzu" Nolana) próżno szukać jakiegoś charakternego złego charakteru w adaptacjach komiksów.
        Początek na Themiscyrze został nakręcony świetnie. Na scenografię rajskiego kraju wybrano naprawdę przepiękne widoki i równie przepięknie je naświetlono i nakręcono. Nawet wszechobecne efekty specjalne nie wypadły tak źle. Jedyne do czego można się jakoś przyczepić to slow-motion, które zostało zastosowane w naprawdę wielu scenach i często naprawdę niepotrzebnie, i chyba tylko po to, aby w jakiś sposób (nie wiem, jak to niby miało wzmocnić dramaturgię...) zrobić z filmu Jenkins majestatyczną opowieść.

Wonder Woman w tej scenie (umieszczonej w trailerze) jest ukazana w bardzo majestatyczny sposób. I tutaj to działa!

          Podsumowując, "Wonder Woman" to niezły film i dobry start dla DC po trzech porażkach z rzędu, a przed dość długo oczekiwanym crossoverem. Powierzenie produkcji w ręce Patty Jenkins było świetnym krokiem studia. Choć nie wyszło to idealnie, to nareszcie jest jakieś - ma swój początek, środek i koniec. 'Villan' - pomimo iż, słabiutki, to ma więcej charakteru niż Lex Luthor, Enchantress i Zodd razem wzięci, a za Dianą Prince chciałoby się pójść na koniec świata.







ŹRÓDŁO ZDJĘĆ: filmweb.pl 
Profesjonalny odlot, czyli "Strażnicy Galaktyki 2" (2017)

Profesjonalny odlot, czyli "Strażnicy Galaktyki 2" (2017)


Reżyseria: James Gunn
Scenariusz: James Gunn
Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Vin Diesel, Bradley Cooper, Kurt Russel i inni...
Zdjęcia: Henry Braham
Muzyka: Tyler Bates
Rok: 2017

     Kiedy do kin weszła pierwsza część "Strażników galaktyki", mało kto oczekiwał od filmu wysokiego wyniku box office i powstania rzeszy fanów na całym świecie. James Gunn dostał na swoją produkcję dość niewielki budżet, a i tak studio nie przejmowało się zbytnio tym, w jaki sposób reżyser potraktuje komiksową historię "kosmicznych Avengers", która dopiero otwierała drzwi do większej sagi. Nikt nie przewidywał po "Guardians Of The Galaxy" sukcesów... A jednak, oprócz tego, że film Gunna świetnie się sprzedał, to do tego oceniony został przez niektórych jako najlepszy twór, wypuszczony przez Marvela. Nie trzeba było zatem długo czekać na sequel. Reżyser/scenarzysta dostał w nim już jednak całkowicie wolną rękę i zrobił w stu procentach autorską mieszankę kiczu, przepychu i humoru. Czy aby dobrą?


        Drużyna Strażników Galaktyki w najlepsze broni swoich przestrzeni. (Zaczynając od potwora, który rzyga tęczą - w pierwszej scenie filmu). Za wiele się u nich w sumie nie zmieniło odkąd poznaliśmy ich w pierwszej części. Peter (Chris Pratt) nadal uderza do Gamory (Zoe Saldana) i poszukuje swojej kosmicznej tożsamości. Wspomniana wcześniej, zielona dziewczyna, wciąż tkwi w konflikcie ze swoją siostrą Nebulą (Karen Gillan) i stara się pokonać swego okrutnego ojca. Drax (Dave Bautista) robi dalej za śmieszną maskotkę, pełną sprzecznych cech. Rocket (Bradley Cooper) chce zrozumieć swoje niektóre niezrozumiałe decyzje i zająć się Grootem, a Groot (Vin Diesel), no właśnie... Groot... po prostu sobie rośnie. Nic więcej.
       Akcja filmu rozpoczyna się, kiedy drużyna wykonuje zlecenie na ochronienie ważnych dla królowej jakiegoś złotego rodu przedmiotu.  Niestety, przez serię niefortunnych zdarzeń, plemię zaczyna ścigać Strażników. W tym czasie Peter zostaje odnaleziony przez swojego ojca (Kurt Russel), który wyjaśnia mu jego pochodzenie oraz pragnie stosownie przekazać dziedzictwo.


         Na początku pragnę zaznaczyć, że mam ogromną słabość do "Strażników Galaktyki" z 2014 roku. Uważam, że ten film naprawdę wniósł do komiksowego świata Marvela dużo świeżości i pokazał, że dobrze podany kicz nie jest zły. W przeciwieństwie do "Avengers" w Guardians of The Galaxy" zostaliśmy od razu wrzuceni z bohaterami na głęboką wodę. Pierwszą drużynę Marvela poznaliśmy wpierw jako pojedynczych, świetnych wojowników (przynajmniej większość), a Strażników poznaliśmy w ekspozycji i potem mogliśmy już ich tylko oglądać jako dość zgraną paczkę, ratującą swoją galaktykę przed różnymi niebezpieczeństwami. James Gunn pokazał jednak, że nawet z tak trudną konstrukcją produkcji umie sobie poradzić i stworzył coś, w czego przypadku można mówić zarówno o sukcesie finansowym, jak i artystycznym.
       
Mały Groot to chyba najsłodsza postać w całym komiksowym świecie.

         James Gunn przy tworzeniu filmu miał zapewnioną dość dużą ilość luzu. Od pierwszych scen można to wyczuć. Reżyser po prostu odleciał i stworzył "Strażników Galaktyki vol. 2" jako papkę przepełnioną błędami narracyjnymi, dziwną ekspozycją i olbrzymią ilością bohaterów, których jednak wystarczająco dobrze nakreślił, aby się z nimi utożsamić. I tak, jak już napisałam, film jest słaby jako film i jeśli cokolwiek Wam się nie podobało w pierwszej części, to z tą się zbytnio "nie zaprzyjaźnicie", jest bardzo dobry jako kontynuacja i świetny na rozluźnienie dla fanów jedynki. Wadą jest trochę mało konkretna forma produkcji, ponieważ sprawia to, że ma ona dość nierówne tempo i poziom poprzedniej części trzymają tak naprawdę głównie dobrze napisane postacie i dobre żarty, często lepsze od tych z 2014. Efekty specjalne są naprawdę zadowalające, ale najlepszą robotę w całym filmie odwala tak naprawdę ścieżka dźwiękowa. Od jednego z moich ukochanych kawałków, czyli "The Chain" Fleetwood Mac z jednego z najlepszych krążków wszech czasów - "Rumors" po "My Sweet Lord" George'a Harrisona i inne kiczowate przeboje, które świetnie wpasowują się w stylistykę Jamesa Gunna.


          Uważam, że "Strażnicy Galaktyki 2" to produkcja stworzona przez fana dla fanów - ludzi, którzy rozumieją, i przede wszystkim, kochają tę konwencję. Warto pamiętać jednak, że seria wzbudza wciąż mieszane uczucia, choć więcej słyszałam piania z zachwytu niż urągania nad żenującą prezencją "GoTG vol. 2". James Gunn to koleś, wiedzący, co robić w uniwersum Marvela. Wiedzący, że ten komiksowy świat nie potrzebuje delikatności przy ekranizowaniu kolejnych przygód superbohaterów, tylko raczej szybkiego szaleństwa, zabawy formą (w granicach rozsądku oczywiście, ale jego akurat Gunnowi jeszcze trochę brakuje, bo drugi epizod przygód gwiezdnych strażników to czyste szaleństwo). Ludzie, to jest po prostu COOL!

OCENA: 7,5/10 z serduszkiem

PS Fajne epizody Kurta Russela i Sylvestra Stallone.
PS 2 Czekam na kolejną część.