Ja, Quentin - o czym tak naprawdę jest "Pewnego razu... w Hollywood" (2019)

Ja, Quentin - o czym tak naprawdę jest "Pewnego razu... w Hollywood" (2019)




Spoilery pojawiają się w jednym akapicie i jest on oznaczony czerwoną czcionką.



Mało jest reżyserów, których filmy darzę tak wielką sympatią, jak filmy Quentina Tarantino. Nawet jeśli są czasami trochę przeciągnięte, to zawsze przepełnione uwielbieniem do kina i znakomitymi dialogami. Do tego wiele z produkcji Tarantino zredefiniowało znaczenie przemocy na ekranie, wprowadzając do niej b-klasową groteskę i komiksową nienaturalność. Nie można odmówić temu twórcy ogromnego wkładu w rozwój współczesnego kina, ale i kontrowersji związanych z poruszanymi tematami. Przy „Pewnego razu... w Hollywood” pojawiły się one, kiedy tylko do mediów przedostała się informacja, że ma on przedstawić zabójstwo Sharon Tate, amerykańskiej aktorski i żony Romana Polańskiego oraz jej przyjaciół, zamordowanych w 1969 roku przez sektę Charlesa Mansona. Tate była wtedy zresztą w dziewiątym miesiącu ciąży, a jej kariera dopiero miała się rozwinąć. 9 sierpnia 1969 zmienił więc nastroje w Hollywood na długi czas i stał się wręcz symbolem swojej epoki. Znając jednak wcześniejsze dokonania Tarantino, pojawiły się pytania, w jaki sposób twórca mógłby pokazać postacie Sharon Tate i jej morderców, nie tracąc przy tym dobrego smaku. „Once Upon A Time… in Hollywood” weszło do kin i… okazało się, że to tak naprawdę nigdy nie miał być film ani o dokonaniach sekty Mansona, ani nawet o Hollywood lat sześćdziesiątych…






Film rozpoczyna się stylizowanym na materiał z 1969 wywiadem z brawurowo zagranym przez Leonardo DiCaprio aktorem, Rickiem Daltonem, oraz jego dublerem, Cliffem Boothem (jeszcze lepszy Brad Pitt). Już na pierwszy rzut oka możemy zobaczyć jak zupełnie różnymi ludźmi są główni bohaterowie. Rick Dalton to wrażliwy i nieco chwiejny emocjonalnie mężczyzna, który nie może pogodzić się z tym, że jego najlepszy okres już minął. Po kilku latach grania protagonistów w westernach przychodzi dla niego czas na wybór pomiędzy zostaniem w Hollywood, ale wcielaniem się w przeciwników kolejnego pokolenia młodych gwiazd w pilotach seriali a wyjazdem do Włoch i kontynuowaniem tam dotychczasowo obranej ścieżki kariery w spaghetti westernach. Cliff Booth jest za to typowym samcem alfa i ma w sobie prawdopodobnie więcej testosteronu niż może się zmieścić w jakimkolwiek człowieku. Wciąż ciągną się za nim podejrzenia o zamordowanie swojej żony i on sam już dawno porzucił myśli o jakimkolwiek rozwoju i zmianach w życiu. Po prostu dzielnie służy Rickowi na planie i poza nim – podwozi go, naprawia sprzęt w domu, pomaga, kiedy się tylko da. Na tym polega nie tylko jego praca, ale i całe życie. Poza przedstawieniem nowych postaci Tarantino postawił sobie za cel również pokazanie epoki oraz co ważniejsze, skomentowanie swojej twórczości. W tym pierwszym bardzo pomagają mu czasami wręcz przydługie ujęcia i perfekcyjnie odtworzony krajobraz Hollywood lat sześćdziesiątych. W tym momencie możecie się głowić – no ale co z Sharon Tate, Polańskim, sektą Mansona i Brucem Lee, którzy mieli pojawić się w filmie? Oni właściwie nie są w „Pewnego razu… w Hollywood” postaciami, tylko częścią scenografii. Margot Robbie wygląda dokładnie jak Sharon Tate, ale jej rola nie wychodzi poza powiedzenie kilku słów, oglądanie filmu w kinie i tańczenie. Roman Polański Rafała Zawieruchy jest symbolem nowej ery w kinie. Mieszkający obok Ricka Daltona młody i ambitny reżyser z Europy ma przed sobą przecież długą karierę, a przy boku przepiękną dziewczynę. Sekta Mansona została przedstawiona jako grupa rewolucjonistów, która w pewnym momencie nie do końca w ogóle rozumie, o co w ogóle chodzi jej liderowi. Liderowi pojawiającemu się w tym filmie w jednej scenie. Po wyjściu z kina nie do końca uchwyciłam, dlaczego Mansona jest właściwie tak mało, ale po przemyśleniu wszystkich zabiegów, jakich Tarantino użył w swoim najnowszym dziele, wszystko ułożyło mi się w znakomicie skrojoną układankę. Jej częścią jest też przerysowany do bólu Bruce Lee. Nie dziwi mnie, że rodzina poczuła się urażona tym, w jaki sposób reżyser przedstawił legendę kina sztuk walki. Tylko że teraz nie dziwi mnie już, jakim cudem Tarantino, jako wielki fan X muzy, tak przedstawił jedną z jej największych ikon. „Pewnego razu… w Hollywood” nie jest bowiem filmem, w którym postacie i wydarzenia mówią same za siebie. To perfekcyjnie skrojona układanka, jaką jednak trzeba sobie ułożyć.




To, co najbardziej urzekło mnie nie tyle w trakcie oglądania, co po wielu godzinach przemyśleń po seansie, to liczba ścieżek interpretacji, jakie dał nam Tarantino. Z nich tworzy się dopiero przepełniona miłością do kina opowieść o kryzysie wieku średniego w życiu aktora, a także słodko-gorzki obraz na temat współczesnego Hollywood – nie, jak by się wydawało, lat sześćdziesiątych. Czas produkcji „Once Upon a Time… in Hollywood” przypadł w końcu na bardzo trudny okres dla przemysłu filmowego i jego twórców. Reżyser i scenarzysta filmu był zresztą w bliskich relacjach z Harvey'em Weinsteinem – z osobą, od której ujawnienia złych poczynań rozpoczęła się kolejna hollywoodzka rewolucja seksualna. Ta odpowiedzialna za zupełnie inny rodzaj wyzwolenia. O wolność Hollywood od ukrywania wykroczeń na tle seksualnym, jakich dopuszczały się osoby z branży – te mające na nią olbrzymi wpływ. Nie tyle symbolem sprawców, jak znakiem sposobu postrzegania Hollywood jest dla mnie bohater Brada Pitta – podejrzany i skrywający masę sekretów, ale z drugiej strony niezwykle przystojny, pociągający i silny. Równocześnie Cliff Booth wręcz idealnie odzwierciedla to, w jaki sposób Tarantino postrzegany jest jako twórca – bezkompromisowy, bezwstydny i niesamowicie odważny. Rick Dalton to już zupełnie inny obraz Fabryki Snów. Bohater DiCaprio został przez nią przygarnięty w czasach młodości, piękna i zdrowia, następnie wykorzystano go i wyżuto jak dobrą gumę balonową, a gdy u progu kolejnej dekady zaczęto szukać nowych gwiazd, wypluto i rzucono w odstawkę. Zresztą tak jak Rick – tak też Hollywood też nie radzi sobie ze swoimi problemami i wciąż nie może się zdecydować, w którą stronę teraz iść. Rick to wreszcie ten Tarantino, jakiego nie znamy – wrażliwy, z trudem podejmujący poważne decyzje i nie do końca potrafiący znaleźć sobie swoje miejsce w nowej epoce. „Pewnego razu… w Hollywood” jest o tyle specyficznym filmem, że jego ocena może być bardzo uzależniona od sposobu interpretacji. Quentin Tarantino zdecydował się na olbrzymią liczbę zabiegów z zapotrzebowaniem na wytłumaczenie obraną przez reżysera konwencją. I tak, jeśli oczekiwaliście pełnoprawnej historii o Ameryce lat sześćdziesiątych, to prawdopodobnie wyjdziecie zawiedzeni. Jeśli czekaliście na opowieść o Sharon Tate i jej mordercach, również wyjdziecie zawiedzeni. Jeśli liczyliście na typową dla Tarantino sieczkę z błyskotliwymi monologami i dialogami, też możecie się zawieźć. „Pewnego razu… w Hollywood” to po prostu o filmach Tarantino w filmie Tarantino w ramach filmu Tarantino, parafrazując pewną polską reżyserkę.





Możemy zachwycać się znakomitymi aspektami technicznymi czy też tym, że Margot Robbie wygląda dokładnie jak Margot Robbie. Jako dumni patrioci możemy z biało-czerwoną flagą wyczekiwać Rafała Zawieruchy. Reżyser dał również szerokie pole do popisów dla Brada Pitta i Leonardo DiCaprio, na którym obaj działają znakomicie, doskonale się dopełniając. Sam Tarantino chce nam jednak w pierwszej kolejności pokazać, w jaki sposób on widzi to, co zrobił od wejścia na plan „Wściekłych psów” do dzisiaj. I właśnie do tego służy mu Hollywood lat sześćdziesiątych. W mieście skupionym na tworzeniu rozrywki pojawiają się radykalni rewolucjoniści, którzy zatracili „Peace&Love” protoplasty. Ludzie z Fabryki Snów widzą ich na ulicach, podwożą ich autostopami, ale wydaje im się, że żyją w zupełnie różnych światach, i że tak zostanie na zawsze. Nic bardziej mylnego. Tarantino za pomocą morderstwa Sharon Tate i sekty Mansona chce nam też powiedzieć, do jakich wniosków odnośnie pokazywania śmierci w swoich filmach doszedł i dlaczego motyw dokonywania zemsty niedokonanej stał się ostatnio jego ulubionym. Historyczni bohaterowie są tutaj tylko ciekawostką, ale można ich też odbierać jako odbicia reżysera na różnych etapach jego działalności. Sharon Tate – niewinna dziewczyna z masą energii i marzeń, wychowana na filmach i marząca o filmach. Roman Polański – znakomicie zapowiadający się reżyser, który w Hollywood jest jednak człowiekiem z zewnątrz, niczym Quentin Tarantino odbierający w Cannes Złotą Palmę za „Pulp Fiction”, kiedy wszyscy oczekiwali, że trafi ona do Kieślowskiego. Bruce Lee – karykatura swojej epoki, wspominana często bezrefleksyjnie i płytko. Dzięki wpisaniu ludzi w scenografię i uczynienie z nich przerysowanych figur, otrzymujemy nie tylko jedno z najlepszych rozliczeń twórcy z własną twórczością, jakie widzieliśmy w ostatnich latach w kinie, ale także jeden z najsmutniejszych w swoim przerysowaniu obrazów o latach sześćdziesiątych w zachodniej części Stanów Zjednoczonych.






SPOILERY:
Choć „Pewnego razu… w Hollywood” jest zdecydowanie najmniej napawającym optymizmem filmem Tarantino, to nie brakuje w nim ani humoru, ani typowego dla tego twórcy przepisania historii tak, aby dokonać niedokonanej wcześniej zemsty na oprawcach i oddać hołd ofiarom. W „Bękartach wojny” Żydzi mieli okazję podpalić nazistów, w tym Hitlera. W „Django” sprawiedliwość otrzymała uciskana społeczność dziewiętnastowiecznych, czarnoskórych niewolników. W najnowszym filmie, jak można się domyślić, członkowie sekty Mansona nie docierają do domu Sharon Tate i Romana Polańskiego, ale do rezydencji Ricka Daltona, w której aktor razem z Cliffem Boothem kontynuuje rozpoczętą w meksykańskiej knajpie pożegnalną popijawę. Bohater Brada Pitta, jako niezniszczalny i idealny fizycznie super-człowiek, urządza im razem ze swoim psem jesień średniowicza, przypieczętowaną podpaleniem przez Ricka jednej z członkiń sekty za pomocą miotacza ognia, jakim kilka lat temu traktował w swoim filmie nazistów. Tuż po rozprawieniu się z mordercami postać DiCaprio spaceruje po ulicach Hollywood Hills i trafia pod bramę Sharon Tate. Okazuje się, że aktorka dobrze wie, kim on jest i zaprasza go do willi, na co czekał, od kiedy po raz pierwszy zobaczył Tate i Polańskiego, ponieważ liczył, że dzięki temu, rozpocznie współpracę z reżyserem. Ostatnie ujęcie, ukazujące Tate i jej przyjaciół witających się z Daltonem pozostawia nas w poczuciu, że choć w prawdziwym życiu doszło do mordu na niewinnych ofiarach, które właśnie widzimy na ekranie, to w filmie Tarantino mogliśmy odczuć satysfakcję z oglądania jak bohaterowie rozprawiają się z ich oprawcami. Na końcu nie ma jednak fajerwerek, ale jest ciche pożegnanie z ludźmi, jakich już nigdy nie zobaczymy. I mamy to w głowie od samego początku do samego końca. Bo u Tarantino to ci najgorsi dostają, na co zasłużyli – jak w baśni.




Kiedy wyszłam z seansu „Pewnego razu… w Hollywood” poczułam się trochę rozczarowana. Film, w którym Tarantino podsumowuje swoją twórczość, z każdą godziną rezonuje ze mną jednak coraz lepiej. Co warto podkreślić, uważam, że absolutnie nie jest to dzieło, od jakiego radziłabym zacząć przygodę z filmami tego twórcy, bo przy nim warto mieć jakieś zaplecze wiedzy o jego twórczości, żeby móc zajrzeć pod grubą warstwę hołdu Hollywood lat sześćdziesiątych i znaleźć w gruncie rzeczy bardzo melancholijną opowieść Tarantino o sobie i jego kinie. O kinie, w którym wszystko jest możliwe. O kinie, które przez swoją bezkompromisowość u niektórych wywołuje zachwyt, a u niektórych niemak. I wreszcie o kinie, które choć jest przepełnione ciętym humorem, charakterystycznie przyjemnym stylem i audiowizualnym ciepłem, to wciąż nie pozostawia widza obojętnym na tragizm obecny w każdej epoce, bez znaczenia jak piękna w kadrach i dziełach kultury by ona nie była. Tarantino może wiele. W końcu nie każdemu twórcy film taki, jak „Pewnego razu… w Hollywood” uszedłby na sucho. Ale nie znalazłoby się też zbyt wielu, którzy potrafiliby za pomocą przepuszczonej przez społeczną świadomość estetyczną historii z dekady dzieci kwiatów opowiedzieć tak sprawnie nie tylko o aktorze niemogącym poradzić sobie z pójściem w odstawkę i o jego nadludzko pięknym, silnym i podejrzanym dublerze, ale również po prostu o sobie.


Bo jeśli ten film miałby mieć inną nazwę, to tylko „Quentin Tarantino o sobie”.





A kto umarł, ten nie(ch) żyje! - "Truposze nie umierają" (2019)

A kto umarł, ten nie(ch) żyje! - "Truposze nie umierają" (2019)




Czy w temacie zombie można jeszcze stworzyć coś ciekawego? Na pewno. Przetwarzanie horrorowych motywów króluje w kinach w ostatnim czasie i Jim Jarmusch wydawał się być twórcą stworzonym do wykorzystania żywych trupów w świeży sposób. On postanowił jednak zrobić film pod krytykującą konsumpcjonizm tezę, której umarlaki mają już właściwie serdecznie dosyć. Do tego żadnej ze swoich myśli nie chce nam przekazać poprzez fabularne tropy, tylko daje nam morał z historii na tacy pod postacią końcowego monologu czytanego przez Toma Waitsa. Gdy słychać ów komentarz, my mamy po dziurki w nosie zarówno płytkiego podejścia Jarmuscha do tematu żądzy posiadania i zatracenia się w pędzie za stale rozwijającym się światem, jak i jego przesadnie autoironicznych tekstów, które zbyt afektywnie podkreślają to, że reżyser uważa się za bardzo samoświadomego twórcę.

Źródło: Detroit Metro Times
W „Truposze nie umierają” przenosimy się do małego amerykańskiego miasteczka – Centerville, gdzie poznajemy policjantów Cliffa Robertsona i Ronniego Petersona, granych przez Billa Murraya i Adama Drivera – stanowiących, bez dwóch zdań, najlepsze elementy tego filmu. Przyjeżdżają oni na kolejne wezwanie Farmera Millera (w tej do bólu przerysowanej roli miłośnika Trumpa świetny, jak zwykle, Steve Buscemi), który uważa, że mieszkający w lesie Pustelnik Bob (wspomniany wcześniej Tom Waits) ukradł mu kurę. Stróże prawa znajdują obranego z piór i skóry kurczaka, trafiają na podejrzanego, ale odjeżdżają w zupełnej obojętności, motywowanej doświadczeniami Robertsona z oboma panami. Inercyjność przewija się u bohaterów Murraya i Drivera praktycznie przez cały film, co biorąc pod uwagę wypowiadane przez tego drugiego teksty o „scenariuszu, który dostał od Jima” i momentowy zwrot w jego charakterze, kiedy to staje się maszyną do zabijania, czyni z nich postacie niesamowicie trudne do interpretacji. Spokój Centerville zostaje zburzony przez tajemnicze wydarzenia wokół miasta, jak i również na całym świecie. Dzień nie zmienia się w noc, jak powinien, a zwierzęta zaczynają zachowywać się zupełnie inaczej niż do tej pory. Enigmatyczny ciąg zmian osiąga swoje apogeum, gdy zostają zamordowane dwie kobiety, a ich ciała mają gdzieniegdzie powygryzane narządy. Jedni od razu stawiają na zombie, drudzy uważają, że to fauna, jednak w momencie powstania wszystkich umarłych z grobów wszyscy bardzo łatwo przechodzą do porządku dziennego ze świadomością, że morderstwa dokonała para żywych trupów. Rozpoczyna się więc z pozoru mordercza walka bohaterów o życie. Z pozoru, bo Jarmusch bardzo łatwo stawia ich w roli wygranych, zbierając im spod nóg każdą kłodę, jaka się tam pojawia. Poza Petersonem, który od razu wie, jak pokonać żywe trupy, w Centerville zamieszkuje też enigmatyczna Zelda Winston (znakomita, ale zmarnowana przez reżysera, Tilda Swinton), właścicielka domu pogrzebowego i mistrzyni miecza, a także miłośnik popkultury, Bobby Wiggins (bardzo dobry Caleb Landry Jones). Każde z nich bez chwili zastanowienia wie, jak ostatecznie dobić wroga i żadne z nich nie popełnia poważnej wpadki. Kiedy ton filmu w ekspresowym tempie zmienia się z tragikomicznego przetworzenia znanego motywu na pretensjonalną lekcję o błędach ludzkości, postacie nie mogą już pozostać w tym status quo. Pojawia się więc walka między rytmem, metrażem a scenarzystą filmu. Walka, która nie ma zwycięzcy. Jarmuschowi jest w końcu bardzo trudno tak szybko doprowadzić do zakończenia wielu wątków w choć trochę logiczny sposób. Oprócz wcześniej wymienionych osób, obserwujemy tu również historię trojga dzieci z zakładu poprawczego. Aż trudno mi się nadziwić, że twórca potrafił położyć krzyżyk na ich historii w tak niespodziewany sposób. Ich część fabuły jest jak półprosta – ma początek, nawet intrygujący, rozwija się, ale końca brakuje. Bohaterowie, których dotąd obserwowaliśmy jako równych reszcie, zostają zawieszeni w czasie i przestrzeni, a my już nigdy do nich nie wracamy. I to zresztą nie jedyny motyw kończący się w ten sposób.


Źródło: Focus Features


Choć w „Patersonie” i „Tylko kochankowie przeżyją” wolne tempo było tym, co czyniło te filmy wyjątkowymi i niewiarygodnie klimatycznymi, to w „Truposze nie umierają” twórca zdecydował się na przedstawienie zbyt dużej liczby postaci, aby w tak krótkim czasie mógł rozwinąć każdego z nich na tyle dobrze, żebyśmy z sali wyszli ze świadomością choć małej charakterologicznej wiwisekcji zbioru dziwaków, którzy zamieszkują Centerville. Jarmusch nie daje nam również zbyt wielu tropów do interpretacji, więc nawet kiedy przez półtorej godziny staramy się obserwować pozostawiane po drodze symbole czy analizować bohaterów, wszystko okazuje się martwymi znakami. Finał „Truposze nie umierają” jest zresztą jedną z najbardziej kuriozalnych rzeczy, które widziałam ostatnio w kinie i aż dziwi mnie, że Jarmusch pozwolił sobie na coś tak patetycznie skołowanego. Na szczęście, drodzy widzowie, nie musimy sobie sami wysnuwać morału, bo scenarzysta napisał dla Toma Waitsa, wspomniany wcześniej, obrzydliwie pretensjonalny tekst o tym, jak żywi są już nie żywi, gdyż zatracili się w materialistycznym świecie, więc nie mają już jak umierać. Łopatologia wylewa się w ostatnich scenach z ekranu w takiej samej ilości, jak krew. Kiedy zaczynają się napisy końcowe, to zadajemy sobie pytanie, po co właściwie siedzieliśmy tu i oglądaliśmy zmagania małomiasteczkowych ekstrawertyków z zombiakami, skoro wynikło z tego coś, do czego George Romero doszedł już w latach 60.


Źródło: SWR

Spośród zmarnowanych motywów na pierwszy wysuwa się również świadomość głównych bohaterów, że grają w filmie. Pojawia się on też przy okazji wielu dyskusji o piosence „The Dead Don't Die”, nagranej przez Sturgilla Simpsona (jedna z postaci mówi, że nie wie dlaczego, ale ten utwór brzmi znajomo, na co druga odpowiada, że to w końcu motyw przewodni). Jarmusch popełnił przy nim właściwie ten sam błąd, co przy reszcie martwych znaków pozostawionych w „Truposze nie umierają” - brak jakiegokolwiek symptomatu, czy powinniśmy wziąć pod uwagę to, co mówią nasi bohaterowie przy oglądaniu kolejnych wydarzeń, czy uznać za autoironiczną ciekawostkę. Biorę też pod uwagę to, że moja wersja historii powstawania jego nowego filmu może być prawdziwa – reżyser zaprosił swoich ulubionych aktorów z poprzednich produkcji na grilla, dał skrawki scenariusza, kilka wątków zagrało, kilka trochę mniej i zmontowali z tego coś na kształt hiperbolicznie samoświadomej parodii horrorów o żywych trupach. Jeśli tak było, to cieszę się, że miło spędzili czas, nawet jeśli nie zapewniło mi w żadnym wypadku przyjemnej rozrywki.


Jim Jarmusch przyzwyczaił nas już do tego, że jest on twórcą, po którym można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Żadnym zdziwieniem nie była dla mnie więc informacja, że w jego kolejnym filmie pojawią się zombie. Liczyłam na jakiś powiew świeżości w tym temacie, a dostałam pretensjonalny pokaz autoironii z dużą liczbą wątków napisanych na kolanie. Co gorsza, tej jarmuschowskiej entropii nie ratuje nawet doborowa obsada, ponieważ scenarzysta wręczył im do grania wiele błyskotliwych tekstów, które razem nie tworzą jednak żadnej logicznej całości, a sama ich konkluzja jest bardziej landszaftowa niż ustawa przewiduje.


Tam, gdzie plotą wianki i palą człowieczeństwo - "Midsommar. W biały dzień" (2019)

Tam, gdzie plotą wianki i palą człowieczeństwo - "Midsommar. W biały dzień" (2019)




Tam, gdzie otwierają się zawiłe korytarze ludzkiej chwiejności, tam za chwilę zjawia się Ari Aster. Po eklektycznym i nieco rozczarowującym „Hereditary, w którym jego skupienie na ludzkiej traumie rozpłynęło się gdzieś w powietrzu pod wpływem zbyt gęstego nagromadzenia motywów rodem wprost z B-klasowych horrorów o sektach, twórca postanowił poddać widownię makabrycznym rytuałom w biały dzień w celu przepracowania skrywanych głęboko pod skórą lęków przed opuszczeniem, rozstaniem, aż w końcu samotnością. Biały dzień jest jednak u Astera bardziej przerażający niż noc w jakimkolwiek innym filmie grozy, bo reżyser dobrze wie, jak odpowiednio wymierzyć akcenty i skontrastować prolog do podróży z resztą dzieła. Malownicza scena otwarcia, w której widzimy zimowy, górski krajobraz, a następnie bezdźwięczne śmierci i płacze przerywające melancholijną pustkę, choć dzieje się w nocy, działa przede wszystkim, jako cisza przed burzą, jaka ma nastąpić dopiero w promieniach szwedzkiego słońca.

Źródło: Rolling Stone

W „Midsommar. W biały dzień” poznajemy dwudziestoparoletnią Dani (w tej roli znakomita Florence Pugh) – kobietę zawieszoną pomiędzy przeszłością, stanowioną przez jej chorą psychicznie siostrę, a przyszłością – związkiem z Christianem, zagranym bez cienia fałszywej nuty przez Jacka Reynora. Tuż po tym, jak postanawia ona ruszyć do przodu, odpisując swojej siostrze na przerażająco enigmatycznego maila, bohaterka dowiaduje się o tragedii, którą jak się okazuje, nadawczyni wiadomości zapowiadała od jakiegoś czasu. Dani nie ma już w tym momencie nic do stracenia. Rodzina przeszła właśnie na tamten świat, przyjaciół nie posiada, a Christian, od dawna targany wątpliwościami co do racji bytu ich związku, nie potrafi znaleźć zrozumienia dla swojej chwiejnej emocjonalnie dziewczyny, nawet kiedy bardzo się stara. Teraz jest już jednak za późno na rozstanie i mający wyrzuty sumienia mężczyzna postanawia zaproponować Dani, licząc na jej odmowę, udział w wakacyjnej wyprawie na północ Skandynawii. Tej wyjazd wydaje się jednak dobrą odskocznią od myśli, które ma w Ameryce, więc razem z Christianem oraz jego kolegami: Joshem (William Jackson Harper), mającym napisać w Szwecji swój doktorat, Markiem (Will Poulter), chcącym korzystać tam ze swojego kawalerskiego życia oraz Pelle (Vilhelm Blomgren), inicjatorem całego wydarzenia, Dani wyrusza, aby wziąć udział w prastarym święcie związanym z przesileniem letnim, które odbywa się raz na 90 lat. Z początku wszystko wydaje się być dla dziewczyny tym, czego się spodziewała – sposobem na chwilowe zapomnienie o rodzinnej tragedii. Nic bardziej mylnego. W Szwecji Dani sama przeżywa przesilenie, w trakcie jakiego wybiera, gdzie dalej chce się udać w swoją życiową podróż, decydując równocześnie, kto ma jej w niej towarzyszyć. Wszystko pośród krwawych ceremoniałów, będących dla skandynawskiej komuny, z której pochodzi zresztą pomysłodawca wyjazdu – Pelle, czymś zupełnie zrozumiałym i wpisanym w tradycję.


Źródło: The Washington Post

Ari Aster brawurowo wykorzystał w „Midsommar” to, co w horrorach ujmuje mnie najbardziej, czyli wielowarstwowość historii. Reżyser w pełni rozwija zarówno tę dosłowną warstwę, jak i tę metafizyczną, ale nie zostawia nam na interpretacyjnej drodze martwych znaków, tylko dobrze przemyślane wskazówki. Dobrą decyzją było pozostawienie w sferze niedomówień historii sekty czy też jej obecności w kulturze szwedzkiej, bo dzięki temu, nie otrzymaliśmy tak, jak w przypadku „Hereditary” alegorii rozwodnionych w morzu faktów. Aster wrzuca swoich bohaterów do letniego lasu niespodziewanie i pozostawia ich przez jakiś czas bez żadnych odpowiedzi, pozwalając nam na zadanie mu wystarczająco dużej liczby pytań i oczywiście, nie satysfakcjonując nas zawsze jasnym wyjaśnieniem. Dalej przeraża pięknem w jeszcze bardziej wyrafinowany sposób, zanurzając postacie w przepełnionej zielenią, skandynawskiej wiosce tuż po narkotycznym tripie, po którym jako lubiący takie rozrywki, młodzi ludzie ani chwili nie podejrzewają, że coś może być nie tak. Jest z nimi przecież także Pelle, wychowany w tej społeczności. W tym momencie nie wiedzą jednak, jaką rolę w tej historii pełni właściwie ich kolega. I my również nie wiemy. Wchodzimy w świat piękny i czysty, co podkreślają zresztą białe stroje członków komuny. Nad naszymi bohaterami, wchodzącymi do kolorowej wspólnoty, góruje słońce. Wszystko wydaje się być idealną pocztówką z wakacji na wsi. Ari Aster usypia w tym momencie naszą czujność i razem z Dani, Christianem, Joshem, Markiem i Pelle zanurzamy się w szwedzkiej sielance. W tym momencie reżyser wprowadza pierwsze rytuały i ani mu się śni o stopniowym szokowaniu widza. Ba! Jest wręcz odwrotnie – najgorsze obrazy wprowadza on na sam początek szwedzkiej wycieczki, abyśmy z każdym głębszym poznaniem tego, na co stać społeczność, mniej skupiali się na makabrycznych czynach, a bardziej na tym, co Dani, protagonistka, otrzymuje od miejscowych za obserwowanie i wsiąkanie ich przyzwyczajeń. Stadialnie Aster pokazuje nam za to erozję bliskości i zaufania w związku Dani i Christiana, zakończoną dosłownie i w przenośni wielkim wybuchem.


Źródło: filmoteka.tvp.pl
Z każdą kolejną sceną „Midsommar” można sobie uświadomić, jak wielką rolę w filmie odgrywa światło. Gdyby nie rozjaśniony krajobraz i wysoka saturacja barw, dzień nie przerażałby tu swoim pięknem i spokojem aż tak. Każda jego cecha została jednak podniesiona do rangi nadzwyczajnej i maksymalnie podkręcona tak, że nawet tajemniczy żółty budynek w kształcie ostrosłupa wydaje się być częścią flory i fauny, a patrzeć na niego możemy z równoczesnym zachwytem i podejrzliwością. Zdjęcia Pawła Pogorzelskiego to zresztą jeden z największych atutów nowej produkcji Ariego Astera. Geometryczne kadry są znakomicie zainscenizowane i zapadają w pamięć, dzięki swojej obrazkowości. Reżyser i operator wypracowali sobie już zresztą swój unikalny pokazywania śmierci na trzy różne sposoby. W obu filmach zaczęło się przecież od cichego odchodzenia – w „Hereditary” właściwie już od pogrzebu, a w „Midsommar” od długiego mastershota, skwitowanego kilkoma spazmatycznymi jękami głównej bohaterki. Zarówno w swoim pierwszym, jak i w swoim drugim filmie Aster zapakował w sam środek najbardziej drastyczne sceny śmierci, jakie mają wyładować napięcie ciążące w postaciach po pierwszym etapie, kiedy to nie wyraziły jeszcze dostatecznie swojego bólu. Na sam koniec otrzymujemy zgony rytualne. Głośne, w akompaniamencie ambientowych symfonii i w swojej estetyce po prostu piękne. One stanowią moment godzenia się z samym sobą. Choć w „Hereditary” nie wszystko zadziałało najlepiej, to Aster postanowił nie rezygnować z obranego przy pierwszym filmie schematu, tylko po prostu lepiej nad nim popracować i dzięki temu, w „Midsommar” otrzymaliśmy przepiękny i bezbłędną już opowieść o powolnym akceptowaniu utraty drugiego człowieka – czy to przez jego śmierć, czy to przez rozstanie.


Źródło: Vanity Fair

Midsommar. W biały dzień” to dla mnie horror idealny. Straszy tym, co nie jest nam obce, czyli tym, co ludzkie, korzystając ze schematu wprowadzenia nowych jednostek do zamkniętej społeczności, z którego równie świetnie czerpał w XXI wieku chyba tylko Lars von Trier w swoim wybitnym „Dogville”. Inspiruje się klasyką gatunku, a najbardziej zauważalnie „Kultem”. Do tego Ari Aster doskonale korzysta z pola do alegorycznych popisów, jakie daje mu obrana konwencja. Oprócz tego, świetnie potrafi poprowadzić aktorów, z których ról nie chce nigdy tworzyć galerii schematów obecnych w gatunku od ery slasherów, ale każdemu daje dość obfity character arc i szansę na popisy w granicach naturalności oraz zaplanowanej i wymierzonej w punkt gry na emocjach i czujności widzów.


Zjedz Snickersa, Lars! - "Dom, który zbudował Jack" (2019)

Zjedz Snickersa, Lars! - "Dom, który zbudował Jack" (2019)



Myślałam, że “The House That Jack Built” to będzie JEDYNIE taka tona mułu zapewniająca von Triera o tym, jaki to jest niesamowity. Muszę Wam, oczywiście, w tym momencie choć odrobinę zarysować mój stosunek do duńskiego świra. Moja przygoda z Larsem von Trierem zaczęła się od filmu "Tańcząc w ciemnościach". Zakochałam się w nim, ale równocześnie nie potrafiłam go obejrzeć po raz drugi aż do wakacji zeszłego roku. Później przyszedł czas na "Przełamując fale" i "Melancholię", które również złapały mnie za serce. Z "Idiotami" było już trochę gorzej, a po "Antychryście" do tej pory bolą mnie kości. Pierwsza "Nimfomanka" była w porządku, ale druga to już znów powrót do pretensjonalności lvl almost "Antychryst". Najlepszym filmem von Triera jest dla mnie bez wątpienia "Dogville", które kilka lat później próbował kontynuować w niezłym "Manderlay". Jeżeli chodzi o "The House That Jack Built" to nie byłam nawet pewna, czy chce to ustrojstwo oglądać. Film miał już złą passę na etapie... premiery plakatu. Po zwiastunie i premierze w Cannes (która nota bene, miała być powrotem Larsa na Lazurowe Wybrzeże po tym, jak 6 lat wcześniej wypowiedział tam swoje słynne "I understand Hitler") produkcja była w oczach wielu, w tym moich skończona. Bo tu właśnie dochodzimy do mojego słynnego "Tak bardzo, jak uwielbiam filmy von Triera, tak nie trawię jego osoby". Dlaczego? Bo Lars von Trier to reżyser przekonany o swojej zajebistości przy każdym filmie bardziej niż Terrence Malick przy "Song to Song", to człowiek, którego głównym celem jest pokazanie, jak wielkim geniuszem jest i jak maluczcy jesteśmy, jeśli nie rozumiemy, co chciał przekazać. To także wielki cham i prostak, co pokazały jego wywiady czy zachowania. Trzeba wspomnieć, że nad twórcą wciąż wiszą oskarżenia o molestowanie seksualne Björk w trakcie kręcenia "Tańcząc w ciemnościach".


Pomimo tego, jak nie cierpię von Triera, to postanowiłam jego "The House That Jack Built" jednak zobaczyć.



Film opowiada historię seryjnego mordercy, Jacka, który swoje morderstwa traktuje jak dzieła sztuki. Poza tym, produkcja (nie postać!) jest self-insertem Larsa von Triera, więc mamy tu jego wszystkie poglądy I podejścia do przeróżnych tematów w pełnej krasie.


Reżyser, oczywiście, nie ukrywa, że Jack to jego alter ego, a cały film jest oparty na "Boskiej komedii" Dantego. I właśnie te całkowicie jasne nawiązania, bez ukrywania ich pod warstwą pretensjonalnych popłuczyn, jak to było w "Antychryście", sprawiły, że "The House That Jack Built" jest w ogóle oglądalny. Stężenie przemocy jest ogromne, ale nie powiedziałabym, żeby nie było to potrzebne. Von Trier sprawdza naszą wytrzymałość, równocześnie skłaniając do pytania, czy takich rzeczy nie widzieliśmy już aby u Tarantino, w "Pile", w “Funny games” czy w "Halloween" Roba Zombiego. Jakby się tak zastanowić, to wszystko już było.


W “The House That Jack Built” dostajemy inteligentnego psychopatę i głupie ofiary, bo jakże inaczej napisać analizę przemocy w kulturze. Von Trier nie chce jednak kolejnego Patricka Batemana. Tworzy postać antypatyczną i zepsutą do bólu. Nienawidzimy go już od pierwszych scen, nawet jeśli Matt Dilon jako Jack jest wspaniały. Jack to psychopata, który zabija z zimną krwią – dokładnie tak, jak von Trier ma w głębokim poważaniu swoich widzów, swoich współpracowników i w ogóle cały świat. Po “The House That Jack Built” nienawidzę go jeszcze bardziej. I mam właściwie wrażenie, że dokładnie tego chciał.





Do swojego najnowszego filmu reżyser dołączył przecież również swój ulubiony pretensjonalny element, czyli sztukę. I to taką z najwyższej półki. Jak muzyka, to tylko klasyczna i klasyczny rok. Jak rzeźba, to taka, do której Jack nawiąże w dialogu z Vergem. Oczywiście, że von Trier co rusz popada w samozachwyt. Udaje mu się jednak stworzyć z głównego bohatera tykającą bombę traktującą swoje morderstwa jak dzieła sztuki – właśnie tak, jak traktują je ludzie tworzący sztukę o zabijaniu w tym sam von Trier. Ale równocześnie reżyser nie pragnie naszej fascynacji samym Jackiem. Co chwilę podkreśla, jak bardzo odpychającą osobą on jest. I z tego wychodzi niezła farsa na temat przemocy w kulturze. Ja za przemocą na ekranie nie przepadam, jeśli używa się jej dla samego zadowolenia osób lubiących takie sceny. W innych przypadkach jest mi w sumie obojętna. Wiedziałam, na co się piszę, kiedy zamierzałam obejrzeć ten film. Ba! Von Trier podpisał przecież w 1995 manifest Dogma 95, który podkreślał wagę naturalizmu w kinie i pragnienie grupy duńskich reżyserów, aby kino naturalnym pozostało (zachęcam do poczytania o tym więcej w sieci).

Jedno mnie smuci – świadomość, o ile lepszy byłby to film, gdyby nie robił go von Trier. Gdyby robili to bracia Coen, Martin McDonagh czy Tarantino. Gdyby robił to ktoś, kto nie musi pokazywać, jaki jest wspaniały. A tak – film, który mógł być arcydziełem, jest po prostu dobry.

Nie poruszę w tej recenzji czy może nawet analizie jednego tematu, który dostanie własną analizę na blogu lub na youtubie – sposób pisania kobiecych bohaterek i w ogóle stosunek do kobiet. Lars von Trier przekroczył, moim zdaniem, granice dobrego smaku nie w przemocy, ale właśnie w tym, jak pokazane są w jego filmach kobiety i jak bardzo lubi je wykorzystywać. Na mój odbiór filmu wpływa to tak, że jeszcze bardziej nienawidzę reżysera i głównego bohatera.



W “The House That Jack Built” pojawia się epilog, który już jest słynny i przez niektórych wyśmiany jako pokaz pretensjonalności, ale moim zdaniem, to chyba najlepsze sceny w całym filmie. Pięknie zaprezentowane i nagrane, a von Trier oczyszcza się w nich ze swojego podawania jedynej słusznej interpretacji tak, jakbyśmy byli za głupi i daje choć malutkie pole do dopowiedzenia tego, co chcemy.


The House That Jack Built” to dobry film, ale absolutnie nie dla każdego – głównie z powodu przemocy. Ja sama nie zamierzam do niego wracać przez najbliższe lata. Moja relacja z von Trierem zasługuje na przerwę (no chyba że mówimy o “Dogville”). Jego najnowszy film jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że bardzo nie lubię tego reżysera jako osoby, ale w kino to jednak zwykle umie.




Oscary (nie) dla każdego - O nominacjach do Oscarów 2019

Oscary (nie) dla każdego - O nominacjach do Oscarów 2019




Jak tylko słyszę, że Oscary się nie liczą, to chce mi się śmiać. Liczą się. Nawet bardzo. Guillermo del Toro po zdobyciu statuetek za “Kształt wody” dostał masę propozycji, a wcześniej jego pomysły były dość często odrzucane przez większe wytwórnie. Nie jest to człowiek nowy w Hollywood, ale jakimś sposobem nowe projekty przyszły wraz z Oscarem. Damien Chazelle próbował zrealizować “La La Land” przez kilka lat, ale producenci znaleźli się dopiero wtedy, kiedy “Whiplash” został pozytywnie odebrany przez Akademię. Wniosek jest więc taki, że Oscary jednak się liczą i wynik sondy mówiący o tym, że większość Amerykanów nie wie, co zdobyło w zeszłym roku statuetkę za najlepszy film, za dużo nie zmienia. Ludzie zanotowali jednak obecność danych produkcji na danym rozdaniu, a studia filmowe liczą się z Oscarami, bo “będzie przecież można napisać, że to zdobywca Oscara”, a jest jednak jakaś tam grupa ludzi, dla której renoma twórcy ma znaczenie. Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej powinny nas zatem choć trochę obchodzić. W tym roku postanowiłam omówić nominacje na blogu, bo tyle samo rzeczy było w nich do przewidzenia co mnie zaskoczyło.





Zaczniemy od kategorii Best Picture.

Jestem na bieżąco z Oscarami od roku 2013 – dotychczas zdarzało mi się mieć nawet sześć filmów, dla których nagroda byłaby dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Tak zdarzyło się w zeszłym roku. W latach 2015-2017 bez problemu potrafiłam wybrać cztery takie produkcje. Tym razem nie jest aż tak różowo. W zestawieniu mamy:
  1. Bohemian Rhapsody”, czyli nudny film o rodzinie kangurów o Queen. Nie mogę tu pisać o żadnym zaskoczeniu, bo ten twór filmopodobny zbierał od ludzi kina dość pozytywne opinie – głównie w social mediach. Jest to też przecież czysty przykład Oscar baitu. Z tą różnicą, że kiedy rok temu inne Oscar baity – “The Post” i “Darkest Hour” znajdowały się w tej kategorii, to nikt nie wspominał nawet o ich jakichkolwiek szansach. W przypadku “Bohemian Rhapsody” wszystko jest możliwe…
  2. Czarną Panterę”, na której temat nie zamierzam się zbyt długo rozwodzić. Zrobienie pierwszego tak dużego filmu z czarnoskórym superbohaterem i to filmu tak czerpiącego z kultury afrykańskiej, angażującego do produkcji głównie ludzi takiego pochodzenia to nielada wyczyn, bo jeśli się zastanowić czegoś takiego po prostu nie było – nikt nie chciał dotąd na taką skalę wyprodukować. Poza tym, widać, jak ważne miejsce ten film zajmuje w sercach Amerykanów, a Oscary to jednak konkurs popularności. Rozumiem tę nominację doskonale i nie będę drzeć z Akademią kotów.
  3. Czarne bractwo. BlacKkKlansman” - Spike Lee wrócił z ostrym, ale i satyrycznym komentarzem politycznym. Zaangażował do swojego filmu świetnych ludzi. Lubię tę produkcję, o czym przekonacie się w moim wideo o faworytach, które wyjdzie jakoś tydzień przed samą galą.
  4. Faworyta” - jak mnie cieszy, że Lanthimos znajduje się wreszcie w głównej kategorii. To jest człowiek z takim zmysłem i mózgiem, jakich na świecie chyba jeszcze nie było. “Faworyty”, co prawda, jeszcze nie widziałam, ale ten film jest tak w moim stylu, że albo będzie moim ukochanym, albo znienawidzę go za bycie rozczarowaniem.
  5. Green Book” - To jest film, który jeszcze kilka lat temu byłby murowanym faworytem. Jesteśmy jednak w 2019 I nominacja dla “Green Book” nie jest ani niczym odkrywczym, ani niczym, co by stanowiło dla kogokolwiek problem. Tak w ogóle to tego też nie widziałam, ale widzę, co o nim piszą i na podstawie tego wysnuwam wnioski.
  6. Narodziny gwiazdy- nie wiem, czy wiecie, jak bardzo nie lubię tego filmu. Nie chciało mi się pisać na jego temat długiego elaboratu, bo moje wszystkie myśli idealnie odzwierciedla post Kasi Czajki-Kominiarczuk, Zwierza Popkulturalnego. Nienawidzę, kiedy ktoś (tutaj: Bradley Cooper) robi nową wersję jakiegoś filmu, która ma niby być na NASZE CZASY, ale nie wnosi w nią nic nowego, więc wszelkie krzywdzące stereotypy i schematy zostają, a obecnie już w zupełności nie działają. Poza tym, to jest serio, tak słabo napisana historia, że aż boli.
  7. Roma” - przyszedł wreszcie czas na mojego faworyta. “Roma” to film idealny. Alfonso Cuarón dokładnie wiedział, co chce przez tę produkcję przekazać, jak ona ma wyglądać. Dokładnie tak, jak przy Pawlikowskim w “Zimnej wojnie”, czuć, że reżyser, choć nieobecny na ekranie, przeżywa większe katharsis niż jakikolwiek aktor występujący w samym filmie. I to jest takie piękne uczucie…
  8. Vice” - kolejna spodziewana nominacja, ale tak, jak w przypadku “BlacKkKlansman” - nominacja, która mnie bardzo cieszy. “Vice” to satyra idealna, do jakiej poziomu reżyserzy i scenarzyści kolejnych produkcji powinni pragnąć dążyć.

Wielu mówi o braku w tej kategorii “If Beale Street Could Talk”, którego nie widziałam, więc się nie wypowiadam. Film Jenkinsa zdobył jednak już w tym roku Satelitę, więc fakt, że go tu nie ma, jest dość dużym zaskoczeniem. Mnie osobiście brakuje “Zimnej wojny”, “Spider-Mana: Uniwersum” oraz “Cichego miejsca”.





















Jeżeli chodzi o kategorie aktorskie, dawno nie było tak nudnych nominowanych ról. W zeszłym roku byli to, np. Timothée Chalamet w roli poszukującego swojej seksualności nastolatka, Francis McDormand w roli charakternej matki pragnącej odnaleźć mordercę swojej córki, Gary Oldman w roli Winstona Churchilla, Sally Hawkins w roli niemej, potrzebującej miłości kobiety. W jednym filmie udało im się znaleźć dwie zupełnie różne postacie policjantów. Na tym rozdaniu możemy się pozachwycać tym, na co wielu z nas zgrzyta zębami, czyli odtwarzaniem postaci, bo piętnaście na dwadzieścia nominowanych grało albo postać historyczną albo tak, jak Lady Gaga i Bradley Cooper w “Narodzinach gwiazdy”, bohaterów złożonych jedynie ze schematów. W kategorii męskiej pierwszoplanowej możemy wybrać między:
  1. Ramim Malekiem (“Bohemian Rhapsody”), którego zadaniem było nauczyć się manieryzmów Freddiego i wygrać z charakteryzacją, co moim zdaniem, wyszło mu bardzo dobrze,
  2. Christianem Balem (“Vice”), który miał właściwie dokładnie to samo zadanie, co Malek i również wypadł znakomicie,
  3. Willemem Dafoe (“At Eternity's Gate”), którego nie widziałam, ale aktor gra tu Van Gogha, więc sytuację ma trudniejszą, choć to wciąż rola historyczna,
  4. Viggo Mortensenem (“Green Book”), którego też nie widziałam, ale jego rola też jest historyczna,
  5. Bradley'em Cooperem (“Narodziny gwiazdy”), który powtarzał ten szkodliwy archetyp mężczyzny niemogącego sobie poradzić z karierą swojej kobiety.



Najciekawiej i tak przedstawia się kategoria kobieca pierwszoplanowa, bo mamy tu:
  1. Glenn Close („Żona”), która wreszcie ma szansę na statuetkę i zresztą będzie to nagroda całkowicie zasłużona,
  2. Olivię Colman („Faworyta”), która ma najbardziej wyrazistą rolę z całej tej gwardii, co wiem bez oglądania filmu, bo widać to po samych klipach. Dotąd Colman nie była doceniana za oceanem, więc nominacje mnie bardzo cieszą,
  3. Lady Gagę („Narodziny gwiazdy”), która podobnie jak Cooper odgrywa archetyp z zamierzchłych czasów, ale robi to z większą gracją. Akademia lubi jak piosenkarki grają, więc i Gaga musiała się tu znaleźć,
  4. Yalitzę Aparicio („Roma”), której nominacja ma tak naprawdę największe znaczenie, bo nie dość, że z nieanglojęzycznego filmu, to jeszcze debiutantka i amatorka. Oscary się otwierają, co widać nawet po śmiesznym Best Picture, ale tutaj Yalitza Aparicio może otworzyć na przyszłość drogę, np. Joannie Kulig,
  5. Melissę McCarthy („Can you ever forgive me?”) - jak bardzo mnie cieszy, że wreszcie widzą, jak dobrą aktorką jest McCarthy. Fakt, że największą część jej kariery wypełniają głupie komedie, ale to jest naprawdę świetna aktorka dramatyczna, co pokazała m.in. w „Mów mi Vincent”. Nie widziałam jeszcze „Can you ever forgive me?”, ale czekam bardzo.



Drugi plan omówimy sobie już odrobinę inaczej, bo tam można mówić o pewnych zaskoczeniach. W przypadku pierwszego planu mogłabym wskazać jedynie na brak Ethana Hawke'a za „First Reformed” oraz Toni Colette za „Hereditary”. O tym jednak będzie więcej, jak obejrzę wszystkich nominowanych.

Najlepsza aktorka drugoplanowa:
  1. Amy Adams („Vice”)
  2. Rachel Weisz („Faworyta”)
  3. Emma Stone („Faworyta”)
  4. Regina King („If Beale Street Could Talk”)
  5. Marina de Tavira („Roma”)

Największym zaskoczeniem tej kategorii jest obecność Mariny de Taviry. Dla mnie jest to bardzo pozytywne zaskoczenie, bo aktorka odwaliła tam genialną robotę, a jak dotąd, jej miejsce zajmowała nierobiąca na mnie w „First Manie” aż takiego wrażenia, Claire Foy. Brakuje mi tu trochę Emily Blunt za „Ciche miejsce”.




Najlepszy aktor drugoplanowy:
  1. Sam Elliot („Narodziny gwiazdy”)
  2. Sam Rockwell („Vice”)
  3. Mahershala Ali („Green Book”)
  4. Adam Driver („Czarne bractwo. BlacKkKlansman”)
  5. Richard E. Grant („Can you ever forgive me?”)

Największym zaskoczeniem jest tutaj brak Timothée Chalamet za „Mojego pięknego syna”. Aktor pojawiał się praktycznie w każdym zestawieniu, ale na samych Oscarach już go nie ma. Poza tym, skład jest taki, jak przewidywałam.




Najlepsza reżyseria:
  1. Spike Lee („Czarne bractwo. BlacKkKlansman”)
  2. Paweł Pawlikowski („Zimna wojna”)
  3. Yorgos Lanthimos („Faworyta”)
  4. Adam McKay („Vice”)
  5. Alfonso Cuarón („Roma”)

Żałuję, że nie nagrałam tego głębokiego westchnienia z ulgą, kiedy nie zobaczyłam w tym zestawieniu Bradleya Coopera. Do tego na miejscu, które dotychczas zajmował reżyser „A Star Is Born”, znalazł się Paweł Pawlikowski. Krzyk radości!




Jeśli chodzi o scenariusz oryginalny, to bardzo cieszą mnie nominacje dla „Vice”, „Romy” i „First Reformed”, a reszty jeszcze nie widziałam, więc jest mi obojętna. Ze scenariuszem adaptowanym mam już gorszą sytuację, bo nie widziałam „If Beale Street Could Talk” i „Can you ever forgive me?”, a cieszy mnie jedynie nominacja dla „BlacKkKlansman”. Jestem rozczarowana nominowaniem „Narodzin gwiazdy”, ponieważ scenariuszowo to jest kompletna papka. „Ballada o Busterze Scruggsie” tylko mi pokazała, że Coenowie mają już ten sam okres, który przechodzi Burton, więc wiecie, jakie mam podejście do tego filmu.





Reszta kategorii to przede wszystkim:

  1. Brak „Płomieni” w filmie nieanglojęzycznym.
  2. Brak zwycięzcy w kategorii najlepsza muzyka na KAŻDEJ gali, która dotąd się odbyła, czyli Justina Hurwitza za „First Man”. Jestem na to tak zła na Akademię, że aż brakuje mi słów.
  3. Łukasz Żal nominowany za „Zimną wojnę” za najlepsze zdjęcia.

O Oscarach będzie tu jeszcze dużo. Tym bardziej, że chcę wrócić do nagrywania na youtube. Wszystko będzie przebiegało wtedy o wiele szybciej. Będzie to na pewno ciekawa gala. Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej to jedyne, których wyniku nie mam gdzieś. To jedyne, których nominacji nie mam gdzieś. Poświęciłam zresztą na nie osobnego, długiego na dziesięć stron posta, więc coś tu musi być jednak na rzeczy.

Tegoroczne nominacje podsumowałabym tak:

Nie jest dobrze, ale zawsze mogło być gorzej. :)

Zapraszam na Facebooka: https://www.facebook.com/PalmaKulturalna/

Dziwić może fakt, że nie znalazła się tu żadna reżyserka, kiedy w tym roku wyszło wiele filmów wyreżyserowanych przez kobiety. Tyle, że same te produkcje nie zostały zauważone także w innych kategoriach, więc wnioski można wysnuwać przeróżne.